Everest Base Camp Trek:
Moja droga w Himalaje

Zaczęło się od marzeń.

Dawno, dawno temu, usłyszałem o Kukuczce, Rutkiewicz, Wielickim, Kurtyce, Cichym… O ich nieprawdopodobnych wyczynach. O zdobywaniu niedostępnych ścian, ośmiotysięczników, nowych dróg, samotnie albo zimą. Wyobraźnię rozgrzewały opisy ich zmagań spisane na kartach książek. Marzyłem aby kiedyś stanąć pod kilkukilometrową ścianą skał, lodu i śniegu. Poczuć himalajski wiatr na twarzy i brak tlenu w płucach. Wydawało się to tak odległe jak same Himalaje.

Nie pamiętam jak. Nie pamiętam kiedy. Ale jakimś zbiegiem okoliczności dowiedziałem się o inicjatywie Polskie Himalaje. Aby pojechać pod najwyższe szczyty świata w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Wtedy rok 2018 wydawał się niewyobrażalnie odległy.

Wrzesień 2016 nad słowackim Stawem Popradzkim

I nagle rok temu wszystko zaczęło przyspieszać. Zacząłem biegać. Kondycja sama przecież się nie zrobi. Byłem po pierwszej rozmowie z szefem, bo przecież to miesiąc urlopu. I nagle wszystko zaczęło się układać w prostą drogę ku Lodowcom Khumbu.

Przyszedł rok 2018. Pamiętam Nowy Rok, gdzie przy rozświetlających niebo fajerwerkach pomyślałem – to już. To teraz. Lawina ruszyła. Przygotowań, zakupów, tatrzańskich testów puchowej odzieży. To też poznanie wspaniałej ekipy, która będzie ze mną na trasie trekkingu. Pomimo, że planowałem wyprawę od długiego czasu, mnóstwo rzeczy załatwiałem na ostatnią chwilę. Jak okulary lodowcowe odbierane na cztery dni przed odlotem…

Tydzień do odlotu, a po kątach rosną górki sprzętu, który chcę zabrać. Czuję coś niesamowitego. Sprawdzam pogodę dla Everestu. Tak, dla TEGO Mount Everestu! I to dla zaspokojenia ciekawości – jakie temperatury występują tam w połowie października. To ma mi się realnie przydać. +20 w Katmandu, a prawie -20 stopni w górach. A, że wymyśliłem sobie jeszcze bieg, to rośnie i kolejna kupka ciuchów biegowych. Bo przecież nie może być lepszego świętowania stulecia niepodległości, niż supermaraton w Nepalu na dystansie… 100 kilometrów. Teraz widzę, że osiągnąłem już Himalaje. Choć to Himalaje szaleństwa. Chyba nie da się inaczej określić chęci do udziału w takim biegu? Ale dam radę! Już sam start w takich zawodach to niesamowita przygoda.

Temperatury pod Everestem na wysokości 5000 m n.p.m.

Wreszcie jestem. Siedzę nad miską ryżu w zatłoczonym i zakurzonym Thamelu. Uszy są bombardowanie nieustającą falą klksonów, a zapach spalin miesza się z wonnymi kadzidełkami rozpalanymi na licznych ołtarzykach. Po pierwszym dniu jestem zafascynowany. I już tylko kilka dni dzieli mnie od ruszenia w góry.

Jeśli tylko znajdę połączenie z Internetem, to najświeższych wieści możecie wypatrywać na: Facebook i Instagram.

Dodaj komentarz