EBC: Lukla - Namche Bazar:
Pierwsze spojrzenie na Everest

Awionetka przecina puchate obłoki chmur przelatując w kierunku ozłoconych wschodzącym słońcem Himalajów. Przelatuje ponad przełęczami, dolinami i ośnieżonymi szczytami. Zaczyna zniżać się w górski las. W oddali widać kolorowe domki, pomiędzy którymi wyznaczono pas lotniska. Jesteśmy za nisko. Tuż przed pionową, skalną ścianą. Budzę się.

Całą noc męczą mnie jakieś głupie sny. Wiercę się i nie mogę usnąć. Sława „najbardziej niebezpiecznego lotniska świata” świdruje głowę. Jutro pierwszy dzień, z tych wyczekiwanych tyle lat.

Jeszcze ciemno. Autobus mknie przez puste ulice Katmandu. Na lotnisku pierwsza kontrola bezpieczeństwa, baaardzo szczegółowa, ważenie pasażerów, bagaży, poczekalnia. Kolejna kontrola, przez którą duży power bank przeszedł niewyjęty z kieszeni. Autobus pod samolot. O wschodzie słońca wsiadamy do samolociku, który powiązany linkami sprawia wrażenie, że się zaraz rozleci. W momencie odpalenia silników utwierdzam się tylko w tym uczuciu. Wszystko zaczyna drgać, okrutny hałas. Jakbyśmy siedzieli na wielkiej, wirującej pralce. Ktoś włącza jeszcze szybsze obroty i zaczynamy wznosić się ponad smog wielkiego miasta. A tam inny świat…

Awionetka przecina puchate obłoki chmur przelatując w kierunku ozłoconych wschodzącym słońcem Himalajów. Przelatuje ponad przełęczami, dolinami i małymi wioskami zagubionymi w górach. Wpada w powietrzną dziurę. Zaczyna się bujać, jak wielki rollercoaster zawieszony 3 kilometry nad poziomem morza. Palce mimowolnie wbijają się w kolejny fotel. Ktoś krzyczy – Widać lotnisko! Wszyscy przechylają głowy, żeby przez otwarte drzwi (lub ich brak) kabiny pilotów spojrzeć przez przednią szybę. W oddali widać kolorowe domki, pomiędzy którymi wyznaczono pas lotniska. Pionowy skrawek asfaltu wydaje się za krótki i = ustawiony pod zbyt dużym kątem aby tam wylądować. Mrucząc pod nosem wszelkie znane mi modlitwy, lądujemy. Twardo. I momentalnie silniki wyją z jeszcze większą mocą. Pod górkę wytracamy prędkość i z ogromną gracją pilot kręci piruet na płycie postojowej. Ręce same składają się do oklasków. Na miękkich nogach, błyskawicznie opuszczamy samolot popędzani przez obsługę. Nasze bagaże lądują w wózku, nowe w lukach, a wężyk turystów opuszczających Luklę czeka na zajęcie swoich miejsc w locie powrotnym. Śmigła wydają się, że wystrzelą i za chwilę samolot już mknie na złamanie karku w dół zbocza, by wznieść się kilka metrów przez skalnym urwiskiem.

Lotnisko w Lukli

Jesteśmy na wysokości 2840 m npm. Wyżej niż Rysy, nawet wyżej niż Gerlach. A jesteśmy na stoku, trochę powyżej dna doliny. Otoczeni przez cztero- i pięciotysięczniki. Wśród domów, sklepów i kawiarni. Na równym, kamiennym chodniku dzieci grają w piłkę. Wokół przechodzą zaaferowani turyści, obładowani tragarze. Toczy się normalne życie. Tam, gdzie w naszych górach szybują już tylko ptaki.

Szybkie przepakowanie. 15 kilogramów bagażu, który można było zabrać do samolotu, trzeba rozdzielić na maksymalnie 13 kilo, które zabierze tragarz (jeden przypada na 2 osoby), i pozostałe, niezbędne rzeczy, które weźmiemy na własne plecy. Powiązane worki Szerpa zakłada na głowę i rusza. My w ślad za nim, powoli zmierzamy w kierunku Everestu.

Każdy krok przynosi coś nowego. To życiowe rekordy wysokości pokonanej na własnych nogach, to także zderzenie z buddyzmem. Liczne młynki i flagi modlitewne, kamienie pokryte mantrami. Karawany osłów, mułów i jaków. Szerpowie dźwigający na swoich głowach niebotyczne wieże towarów. Droga wiodąca w dół, do potoku szumiącego z mocą wodospadu. To zieleń kontrastująca z odległymi, skalistymi i ośnieżonymi wierzchołkami. Przydomowe kwiaty i poletka uprawne, gęste lasy, a to wszystko na wysokości, na której w Tatrach spotkać można kępki trawy i porosty.

Pierwsza myśl, czy nie porwałem się na za wysokie progi przychodzi na dnie doliny, gdy zobaczyłem zawieszone pomiędzy chmurami dwa mosty wiszące. Bardzo wysoko, bardzo daleko. Cztery stalowe liny utrzymują pomost złożony z metalowych płyt. Górą przepuszczono kolejne dwie liny, które służą za poręcz. Przed wypadnięciem chroni metalowa siatka z obu stron mostu. Było by to całkiem wygodne, gdyby nie fakt, że druty ją kończącą porozginano na każdą stronę. Jednak najczęściej w tą, którą akurat chcemy złapać ręką przy kolejnym bujnięciu przeprawy. Ból, krew i nienadające się do publikacji myśli…

Wysokość daje o sobie znać po raz pierwszy podczas stromego podejścia do Namche Bazar. Po przekroczeniu warstwicy oznaczonej na mapie wartością 3000 zaczyna brakować oddechu. Postoje robią się dłuższe, a wdechy głębsze. Do płuc zaciąga się też pył, podnoszony przez setki butów i kopyt przemierzających szlak. Czuć go w nosie, czuć na zębach. Odkłada się w gardle.

Namche Bazar. Górski amfiteatr, na którego scenie stoi Budda i przenikliwym spojrzeniem pilnuje czterech stron górskiego świata. Na widowni, kamienne domki, z tysiącem okien, przez które wyglądają turyści – widzowie. W przerwie spektaklu wyszli na kręte uliczki, by przed kolejnym aktem kupić to co niezbędne. Wodę, puchową kurtkę, słodycze, czekan lub bluzę z wełny jaka.

Namche Bazar

Szlifujemy aklimatyzację, zostajemy dwie noce w Namche, włócząc się po okolicy. Znasz to uczucie, gdy wychodzisz na przełęcz lub górkę i Twoim oczom ukazuje się piękny widok, którego się nie spodziewasz? Stajesz i możesz patrzeć… godzinami…

Coś takiego miałem w okolicy Everest View Hotel. Po raz pierwszy zobaczyłem najwyższy szczyt świata. Ten, o którym tyle czytałem, ten, którego zdjęcia oglądałem, ten, o którym marzyłem od długiego czasu. Ozdobiony śnieżnym pióropuszem, chował się za grzebieniastym Nuptse. Uśmiech sam się pojawia na twarzy, a wszelkie zmęczenie ulatuje z pamięci. I pewnie bym tak stał i patrzył, gdyby nie stado jaków, które wyrwało mnie z tego zachwytu.

Everest, Lhotse i Nuptse
Mt. Everest
Młody jak i Ama Dablam

Dodaj komentarz