Beskid Żywiecki - Babia Góra:
W dwa dni dookoła słońca

W Zawoi po raz pierwszy droga okryła się białą pierzyną śniegu. Jednak bez problemu docieramy na Przełęcz Krowiarki. Kompletna cisza, ciemność i dzikość. Nic nie przypomina turystycznego zgiełku jaki słychać tu latem. Znajdujemy ledwo odśnieżony fragment parkingu… i w drogę. Wybija 5 rano.

 


W stylu alpejskim


Miało być light and fast. W Tatrach. Jednak lawinowa trójka wybiła ten pomysł z głowy. Więc może Beskid Żywiecki? A będąc tam, jak można nie doświadczyć podobno magicznego wschodu słońca na Babiej Górze? Dlatego znaleźliśmy się o takiej porze na Krowiarkach.

Tatrzańska lawinówka spowodowana była obfitymi opadami śniegu. Nie ominęły one i pasma babiogórskiego. Szybko zdałem sobie sprawę, że wschód będzie nagrodą za przetorowanie szlaku na szczyt. Snopy światła naszych czołówek rozświetliły czerń nocy.

W drogę!

Ruszamy czerwonym szlakiem. Gdzieniegdzie widać poprzedni, zasypany już ślad. Kompletna cisza rozrywana jest przez nasze miarowe oddechy. Z każdym krokiem stawianym w sypkim śniegu robi się coraz cieplej. Zdejmuję czapkę, rękawiczki… W dole majaczą światła Zawoi.

Zatarty ślad na szczyt

Śniegu jest coraz więcej. Zaczyna sięgać połowy łydki. Kroki stawiam coraz ciężej. Obietnica niezapomnianego wschodu słońca pcha mnie do góry. Okoliczne świerki pokryte są warstwą lukru, który błyszczy się w białym świetle latarek. Kraina wygląda bajkowo.

Po wyjściu z lasu już wiem, że nie jest dobrze. Niebo zlewa się z zaśnieżonymi kosówkami. Wschodu nie będzie – przechodzi mi przez głowę. Śniegu przybywa. Z każdym krokiem zapadam się coraz głębiej – do kolan, do uda, wreszcie po pas. Jak mówi stare, taternickie przysłowie – śniegu po same jaja. Zmieniamy się na prowadzeniu. Jednak każdy metr przejścia odbiera ogromne pokłady energii. Czasem łatwiej jest się czołgać niż iść wyprostowanym. Śnieg oblepił już nie tylko stuptuty, lecz także spodnie. Momentalnie topnieje mrożąc kolana, to znów zamarza tworząc przezroczystą skorupę lodu. Przeraźliwie zimno rozpełza się po ciele.

Na wschód już dawno straciliśmy nadzieję. Pogrzebały ją niskie chmury i świeży śnieg. Zaczynamy mierzyć czas. Kilkanaście metrów pokonujemy w 25 minut. Białego puchu po pas. Nawet pomagając rękami trudno przesunąć nogę o kolejny krok. Czołganie kończy się upadkiem twarzą w śnieg.

Dwie i pół godziny torowania wyssały wszystkie siły. Do szczytu wciąż daleko. Nie ma sensu dłuższy odpoczynek. Wiatr bezlitośnie wykorzystuje wilgotne spodnie. Trzeba się ruszać żeby nie zamarznąć.

Wycof. Najtrudniejsza decyzja, lecz wydaje się jedynie słuszną w tej sytuacji. Z żalem wracamy po swoich śladach, wiedząc ile sił kosztowało nas dotarcie tutaj. Raz jeszcze zadziwia nas jak czasochłonne było podejście ostatnich metrów w kopnym śniegu.

Dzień ujawnia ośnieżone choinki, oszronione krzaki, białe pasmo Policy. Świat przybiera czarno białe barwy, jak na starych fotografiach.

Dość nisko spotykamy pierwsze osoby idące pod górę. Krótka wymiana informacji o szlaku, pochwała za przetarcie, życzenie powodzenia i rozchodzimy się.

Gdy wracamy na Krowiarki – wychodzi słońce. Plujemy sobie w brodę, że nie ma nas teraz na szczycie. Nie odpuszczamy. Nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Chcemy spróbować raz jeszcze. Z Markowych Szczawin. Jutro!

 


W stylu oblężniczym


Przy aucie przegrupowanie. Wyciągamy duże plecaki i ruszamy niebieskim szlakiem trawersującym północne zbocza Diablaka. Miało być łatwo i płasko i przyjemnie. A tu znowu torowanie szlaku. Oczywiście, nie tak męczące jak na szczyt, ale tamte siły jeszcze nie wróciły, nawet po zjedzeniu kabanosów dyniowych. Szuram po śniegu wciągając mroźne powietrze. Widok ośnieżonych świerków na Policy, skąpanych w słońcu podnosi trochę na duchu. Mimo swojej płaskości, trasa zmusza mnie do zapakowania kurtki do plecaka.

Malownicze pasmo Policy

Z kolejnym spadkiem energii przepraszam się z kurtką. I sunę monochromatyczną trasą modląc się o jej koniec. O schronisko. O gorący żurek. Jednak szlakowy wąż wciąż wije się po stoku. Aplikacja z mapami nie ma dobrych wiadomości o naszym położeniu. Wciąż nieustająco daleko.

Wyprzedza nas dwóch panów. Jest trochę łatwiej iść po ich śladach. Lecz wciąż jest to nierówna walka silnej woli z brakiem siły mięśni.

Zamarzający potok. Jedyny kolorowy punkt w zimno-białym świecie

Spotykamy ludzi, którzy wchodzili po naszych śladach. Mówią, że torowali szlak przez godzinę od miejsca, w którym my się poddaliśmy. Może i my byliśmy dali radę? Wątpliwości chodzą po głowie…

Widok schroniska ucieszył mnie jak dotarcie na Halę Miziową podczas przejścia GSB w zeszłym roku. Jednak tym razem miałem jeszcze siły na załatwienie noclegu i zamówienie żurku. Ciepło rozlewa się po ciele. Błogość. Szczęście.

 

Podobne odczucia mam kilkanaście minut później gdy leżę na miękkim, schroniskowym łóżku i spoglądam przez okno w niebo. Chwila namysłu. Chwila w internecie i rzucam: Tej, a może zachód słońca na Małej Babiej? Godzinę temu uznał bym się za szaleńca. Teraz biorę to na poważnie i za wykonalne, choć boję się, że po pierwszym kroku padnę twarzą w śnieg. Koledzy podłapują pomysł i pomimo niedosuszenia ciuchów ruszają za mną.

Podejście na Przełęcz Brona (1408 m npm) weryfikuje, że sił w nogach trochę jeszcze zostało. Nawet jeśli co kilkadziesiąt kroków muszę położyć się na kijkach i głęboko oddychać. Ostatnie strome podejście prawie wbiegam. Pomimo, że nie mogę złapać oddechu napędzają mnie kolory chmur.

Na przełęczy szczęka ląduje w śniegu. Przed nami okrągła tarcza słoneczna rozświetla zaśnieżone świerki. Śnieg skrzy się jak diamenty. Ciemne chmury przelewają się przez Małą Babią. Myślę jednak, że poza słowem, lepiej sytuację przedstawią zdjęcia…

Babia Góra skąpana w zachodzącym słońcu

4.00 Budzik brutalnie przerywa sen. Po nieprzespanej poprzedniej nocy i ciężkim dniu, każda chwila odpoczynku jest na wagę złota. Powoli zbieramy graty, śniadanie i w drogę. Chłód poranka dobudza z resztek snu. Niebo pełne migoczących gwiazd to najlepsza nagroda za poranne wstawanie. Można by tak stać i wpatrywać się w niebieskie sklepienie nad Beskidami. I marzyć, przy krótkim blasku spalającego się meteoru.

Zakładamy raki i w drogę ku szczytom. Po wczorajszym rekonesansie, na przełęcz Brona docieramy szybko i sprawnie. W nocnej ciszy słychać tylko miarowy chrzęst śniegu, stukot kijków i głębokie oddechy.

Podejście na Babią to ciągła walka pomiędzy głową, a nogami. Jedno mówi szybko na szczyt, drugie odpowiada, ze spokojem, powolutku, nam się nie spieszy. Uda palą, kolano przeszywa nieznośny ból, płuca próbują wciągnąć każdą okoliczną cząsteczkę tlenu.

Pojawiają się kolejne widoki. Pilsko, Fatra, Niżne Tatry i wreszcie pasmo tatrzańskie. Wszystkie one jak wyspy zanurzone w morzu mgieł. Taka panorama dodaje sił. Pozwala przeć w górę, aż do kolejnego łapczywego łapania oddechu.

Wreszcie jest! Szczyt. Babia Góra. I kilkunastu miłośników wschodów trzęsących się już z zimna. Wiejący wiatr przeszywa wszystkie warstwy ubrania. Po ściągnięciu rękawic palce momentalnie kostnieją. Wychładzająca się bateria rozładowała się w oczach.

W oczekiwaniu na świt

Ciemny fiolet Tatr odcinał się od bieli mgły i czerwieni chmur. Oblepiona śniegiem tabliczka kierunkowa stała się głównym elementem planów wszystkich fotografów. Ręce trzęsą się z zimna. Ale nie odpuszczam, poluję na wyłonienie się tarczy słonecznej znad pasa ciemnych chmur. Chyba jest to znów dobre miejsce by słowa ustąpiły miejsca obrazom.

Cień Wielkiej Góry

Miękkie światło poranka zalewa babiogórski grzbiet. Białe kosówki, rzeźbiony wiatrem śnieg, mgły przewalające się przez mały pagórek u podnóża, wszystko to jest tak nierealnie piękne. I rozglądając się wokół łatwo przeoczyć rozcinanie stuptutów rakami albo zejście z przetartej drogi i zapadnięcie się po pas w świeżym puchu. Pomimo sopli tworzących się na brodzie, uśmiech zadowolenia sam maluje się na twarzy.

Wraca temat miejsca, do którego wczoraj doszliśmy. Próbujemy znaleźć zostawione przez nas ślady. Z każdym krokiem jesteśmy pewni, że tu już byliśmy. Jednak dopiero po kilkudziesięciu minutach odnajdujemy zasypane drzewa, przy których podjęliśmy decyzję o wycofie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że słuszną.

Mimo, że tą trasę pokonujemy już trzeci raz w ciągu ostatnich dwóch dni, to wciąż zaskakuje. Słońce błyszczy w kryształkach lodu, odbija się od puchu. Świat górujący ponad chmurami lśni pięknem i nie pozwala przejść obojętnie. Mijamy kolejnych ludzi podchodzących na szczyt. Nie są to tłumy szturmujące latem CZEŚĆ! Górę, ale jak na grudniowy weekend, całkiem spore. Każdy kolejny krok przybliża do końca udanej wyprawy na Diablaka.

Gdy spod śniegu zaczynają wyłaniać się stopnie, kolano odzywa się z podwójną siłą. Każdy ruch sprawia ogromny ból. Już gdzieś kiedyś to się wydarzyło. Zaciskam zęby i ześlizguję się w stronę parkingu.

Sukces! Marzenie o babiogórskim wschodzie słońca spełnione. Można świętować, szczególnie, że to dopiero sobotnie południe. Tylko gdzie?


Feta


Poranny widok Tatr rozwiał wszelkie wątpliwości. Szybki telefon i mamy zarezerwowane miejsce w pokoju w Roztoce. Licząc na ładne widoki zahaczamy o Rusinową Polanę. Niestety, w międzyczasie nawiane chmury odcięły nas od panoramy Tatr Wysokich. Na pocieszenie zostały pyszne specjały roztoczańskiej kuchni. Albo niedzielny wypad nad Moko i szarlotka z brakiem jakichkolwiek widoków.

Morskie Oko


Epilog


Tak szybko relacja z wypadu jeszcze nigdy nie powstała. Największa w tym zasługa korków na Zakopiance. Padający śnieg, remonty i wypadki skutecznie utrudniały powrót na niziny. Zmuszały do zjazdu z utartych szlaków i szukania wąskich ścieżek w górzystym klimacie. Ale to właśnie one stały się inspiracją do szybkiego opisu wrażeń.

Dodaj komentarz