Czarnohra: Pietros:
Ściana płaczu?

Deszcz wściekle uderza o szyby autobusu. Mimo opuszczania Biesów, z każdą chwilą cieszę się coraz bardziej. Byle tylko dojechać do Rzeszowa. Byle tylko przeczekać do wieczora. Pójść do kina (Dunkierka – bardzo ładny film), czy coś zjeść, byle tylko doczekać 22.00…

Deszcz zelżał, lecz nie ustępuje. Pod wiatami kryją się ludzie czekający na swoje autobusy. Wreszcie podjeżdża pojazd oznaczony logo PTTK. Lista obecności, pakowanie bagaży, można zająć miejsce i ruszamy. Gdzie? Na wschód! W kierunku granicy z Ukrainą! Przekraczamy ją całkiem sprawnie, po około dwóch godzinach. Teraz do spania, bo jest koło 1 w nocy, a właściwie już dziś idziemy w góry!

Budzi mnie ostry zakręt. Otwieram oczy, a tam las. Górski las. Uśmiech pojawia się tym większy, gdy rozpoznaję gdzie jestem. Widać Chomiaczek! I Syniaczek! Witajcie Gorgany!

Zaskoczenie było tym większe, że mieliśmy jechać w inne pasmo ukraińskich Karpat. Zagadka rozwiązała się dość szybko. Tu mamy pensjonat, który pomieści całą grupę. Szybkie śniadanie (m.in. placki serowe z dżemem jagodowym! Niebo w gębie!) i ruszamy w kierunku Przełęczy Tatarskiej, w kierunku Czarnohory.

W Łazeszczynie, po stronie Zakarpacia (czyli przedwojennej czechosłowackiej, a wcześniej węgierskiej) przesiadamy się w gruzawiki. To niezniszczalne pojazdy, którym niestraszne dziury, błoto i stromizna leśnych dróg. Po kilkudziesięciominutowej ekstremalnej przejażdżce po wertepach wysiadamy na Polanie Kijaniec – 1070 m npm. Ukraińskie góry witają lekką mżawką i chłodem mgły. W grupie słychać szepty o ścianie płaczu jaka ma nas dziś spotkać – stromym podejściu na szczyt Pietrosa. Uśmiech znów wraca…

Gruzawiki
Wjazd do Karpackiego Parku Narodowego

Zaczyna się bieszczadzko – stromym i błotnistym podejściem przez bukowy las okryty mgłą. Ścieżka raz pozwala zdobywać wysokość szerokimi zakosami, to znów stromym podejściem zmusza do intensywnego wysiłku. Weszliśmy w chmury, więc z widoków nici. Ale to nie znaczy, że jest nudno. Z mgły słychać dzwonki. To pasące się krowy i owce na okolicznych łąkach. Chwilę później mijamy bacówkę. Teraz z mgły dobiega ujadanie psów.

Skąd wiemy gdzie iść? Jest z nami lokalny przewodnik, który zna wszystkie górskie ścieżki. Jednak coraz więcej z nich pokrywanych jest znakami szlaków, jakie znamy z naszych gór. Jest to efekt pracy polskich, czeskich, słowackich oraz ukraińskich wolontariuszy. Postawiono także słupki na rozdrożach wskazujące kierunki, odległości oraz czasy przejść. Dla wszystkich nie znających grażdanki, nazwy miejsc zostały zapisane także alfabetem łacińskim.

Węzeł szlaków na Połoninie Hołowieckiej

Powyżej Połoniny Hołowieckiej (1540 m npm) zaczynamy wychodzić z chmur. Początkowo bardzo spokojnie, ledwo widoczną ścieżką wydeptaną w kosodrzewinie. Po kilkunastu minutach marszu, ustąpiła ona ciasnym zakosom pnącym się stromo do góry po wilgotnej glinie i odsłoniętych kamieniach. A więc się zaczęło. To ta słynna ściana Pietrosa. Może przez podobne ukształtowanie terenu i wędrówkę we mgle, ale przypomina mi się podejście na tatrzański Krywań. Wraz ze zdobywaniem wysokości i opuszczaniem pierzyny mgieł, słońce przygrzewa coraz mocniej. Nie podcina nam to skrzydeł. Wokół zaczynają pojawiać się widoki, które pozwalają na nierówną walkę z prawie półkilometrowym (w pionie) podejściem.

Ściana płaczu?

Trochę przesadzam. Było stromo, trochę ślisko, ale do ściany płaczu było jeszcze daleko.

Ostatnie wypłaszczenie przed szczytem, ostatnie podejście i jest! Pierwszy na tej wyprawie ukraiński dwutysięcznik – Pietros 2020 m npm.

Droga na szczyt

Na szczycie znajduje się krzyż postawiony w intencji integracji miejscowych chrześcijan różnych wyznań. Tuż obok ruiny kaplicy, która ze względu na brak dachu, nie nadaje się na awaryjny schron ani miejsce wypoczynku. Aby schronić się przed wiatrem turyści wybudowali potężny mur, podobny do tego, który można zobaczyć na szczycie Babiej Góry.

Krzyż na szczycie Pietrosa
Pietros 2020 m npm

I oczywiście najważniejsze, czyli widoki. Połowę horyzontu wypełniają chmury. Mleko rozlało się po dolinach i nie widać kompletnie nic. W przeciwnym kierunku widać lekko falujące góry, przepełnione zielenią traw i białymi kropkami owiec pasących się na halach. Jednak co chwilę scena ta ginie skryta kurtyną z chmur, przelewających się przez górski grzbiet. Gdyby nie mroźny wiatr, można by patrzeć godzinami.

Po dłuższej chwili odpoczynku w zacisznym miejscu, schodzimy w kierunku wsi Kwasy. Co chwila otwiera się nowe okno widokowe. Widać pobliskie pasmo Świdowca, czasem pokaże się odległy Pop Iwan Czarnohorski, czy nawet Marmorosy.

Pop Iwan Czarnohorski z ruinami przedwojennego obserwatorium
Na horyzoncie widać pasmo Świdowca

Skrótami schodzimy w kierunku zabudowań. Mieści się tam stacja uniwersytecka badawcza oraz liczne zagrody. Po ogromnej polanie biegają konie i psy, obok pasą się owce i krowy. Widok wydaje się niezwykły i niedzisiejszy.

Chmury już całkowicie ustąpiły miejsca słońcu. Przyjemnie przygrzewa, więc z radością witam początek lasu. Niedługo potem pojawiają się pierwsze zabudowania, opuszczony ośrodek wypoczynkowy, który zarasta już roślinnością, dziurawy most i sklep w Kwasach. Obowiązkowa meta dzisiejszego dnia. I nagroda za trudy wędrówki. Bo gdzie zimne piwo smakuje tak dobrze jak przed magazinem po górskiej wędrówce?


Czerwonymi kropkami oznaczono trasę przejścia. Mapa pochodzi z zasobów – Карпатські стежки

Dodaj komentarz