GSB #6: Schronisko na Hali Krupowej - Bacówka na Maciejowej:
Rozkosze kotlinnego wędrowania

Każdy wędrowiec opowiadając o Głównym Szlaku Beskidzkim przekonuje, że pokonał 500 km górami. Wylicza kolejne odwiedzane pasma i szczyty. Jednak jest taki dzień, gdzie musi pokonać Kotlinę Rabczańską. Lekko pofałdowany, lecz właściwe płaski obszar pomiędzy Jordanowem, a Rabką Zdrojem. Z turystyką górską może ma to mało wspólnego, lecz ma to też swoje plusy.

Nie znając zalet tego regionu, widząc wieczór wcześniej jedynie wyasfaltowaną część drogi, gdy tylko budzik zaczął brzęczeć, zasuwam śpiwór na głowę, by tylko nie wstawać. Śniadanie z kabanosów popitych zimną wodą z trudem przechodzi przez gardło. Na szlak wychodzę przed siódmą. Chciało by się powiedzieć rano, ale temperatury już jak w południe.

Poranek na szlaku

Szlak raz opada, raz się wznosi, biegnąc cały czas szczytem górskiego grzbietu. Przecina lasy, młodniki i łąki. Czasem gubiąc biało-czerwono-białe oznakowanie. Za przełęczą Malinowe i pomnikiem partyzantów, szlak coraz szybciej traci wysokość. Udręka dla kolan zaczyna się jednak dopiero w momencie, gdy trasa biegnie wąskim rowem wyżłobionym przez wodę deszczową. Jest on pełen liści, gałęzi, niestabilnych kamieni i wszystkiego co tylko było w stanie spłynąć do zagłębienia.

Pomnik partyzantów na Przełęczy Malinowe

Ogromną ulgą okazuje się być szeroka droga leśna skryta w cieniu otaczających drzew. Przynosi też niesamowite doznania zapachowe. Roztacza się wspaniały zapach żywicy. Wszystko to za sprawą drwali, których spotkałem po chwili. Z niedowierzaniem przyjęli mój bieszczadzki cel wędrówki, lecz z wielkim uśmiechem życzyli powodzenia. Droga lawirowała pomiędzy strumieniem oraz kolejnymi sektorami beskidzkiej puszczy. Wreszcie las zaczął się przerzedzać, pojawiły się pierwsze płoty, zabudowania, ogródki pełne malin, warzyw i kolorowych kwiatów. Wreszcie pojawił się i asfalt. Mimo braku zielonej tablicy był to jasny znak – Bystra. Przystanek – sklep spożywczy. Pączek, lody, jogurt! Niewyobrażalne jak po kilku dniach górskiego postu mogą smakować takie proste przekąski. Niebo w gębie skonsumowane przed sklepem.

Lecz czerwone znaki wzywają. Prowadzą przez dalszą część miejscowości, każą przekroczyć rzekę i przez nasłonecznione pola ruszyć w kierunku Jordanowa. Po drodze mijam zagubiony w lesie wiadukt, przejście przez tory kolejowe wiodące do Zakopanego tuż koło opuszczonego domu, który mógłby być idealnym miejscem kręcenia horroru. Wreszcie „kochany asfalt” i ostre podejście do centrum miasta. Oczywiście w pełnym słońcu. Pot leje się strumieniami. Chęć przyspieszenia kroku, aby tylko skończyć ten zabójczy fragment miesza się z chęcią przystopowania, znalezienia skrawka cienia i odetchnięcia. Z braku miejsca, gdzie można by odpocząć, wygrywa opcja zdobywania szczytu marzeń, jakim jest jordanowski rynek. Krok na krokiem, kropla potu za kroplą, grymas bólu na twarzy z każdym stawianym malutkim krokiem. Do przodu. Przez wymarłe miasto, bo wszyscy pochowali się przed palącym słońcem w domach. Jako jedyny przemierzam uliczkę.

Wreszcie jest! Centrum miasta, park, ławki, CIEŃ! I apteka, z klimatyzacją! Staram się jak najdłużej tłumaczyć o bolących kolanach, żeby spędzić tam jeszcze jedną chwilę. Jeszcze się ochłodzić przed powrotem do rozgrzanego pieca. Ławeczka przy fontannie – krople wody lądują na twarzy przy każdym podmuchu wiatru. Jest cudownie. Przyglądam się życiu miasta, miasto przygląda się dziwnemu wędrowcy z ogromnym plecakiem i wsmarowującemu jakąś maść w kolana. Tuż obok piekarnia. Rogale z czekoladą. Ławeczka przy fontannie. Wiatr, krople wody. Jest cudownie. Cukiernia, ogromna porcja lodów. Ławeczka przy fontannie. Wiatr, krople wody. Jest cudownie. Można by tak siedzieć i siedzieć. Dzięki męczącej wędrówce ogromnie docenia się takie momenty błogości. Zmęczenie bierze górę nad głową i chciało by się tak spędzić cały dzień. Po co się tak męczyć i katować? Przecież tu jest tak cudownie. Potrzeba ogromnej motywacji żeby opuścić to miejsce. Nadeszła z niespodziewanego kierunku. Z góry. I to nie za sprawą pobliskiego kościoła. Nad miasto zaczęły nadciągać chmury burzowe. Trzeba się szybko zbierać!

Węzeł szlaków w Jordanowie

Trochę na oślep, bo czerwony szlak był zamalowany, został tylko niebieski, uciekam z Jordanowa, w kierunku Rabki. Ogromnym minusem tego fragmentu jest przebieg szlaku wzdłuż ruchliwej drogi. Chyba maść zaczęła działać, bo tempo wydaje się całkiem szybkie.

Na tyle szybkie by w Rabce Zdroju dopaść marketu, opatrzonego miłym dla oka neonem „Gazda”, na ostatnie minuty przed deszczem. Zanim ściana wody wypuści mnie spod bezpiecznego dachu, uzupełniam zapasy na kolejne dni, jem obiad, słodkości, obdzwonię wszystkich, że mam się dobrze i już blisko 150 km górskiej wędrówki za mną.

Neon  >>Gazda<<  w Rabce Zdroju

Podejście do schroniska na Maciejowej przechodziłem w poprzednim roku. I mimo znajomości trasy, strasznie się ona dłużyła. Pewnie trochę przez wysoką wilgotność i wciąż wysoką temperaturę powietrza, a trochę przez załadowany różnymi pysznościami plecak. Wreszcie ostatnie podejście, wyciąg narciarski, ostatnie metry po płaskim i już widać gościnny budynek schroniska na Maciejowej.

Pieczątki ze schronisk na Maciejowej oraz Starych Wierchach

Od teraz zaczyna się nowy rozdział przygody na Głównym Szlaku Beskidzkim. Na Maciejowej czeka już na mnie Tomek, z którym mam przejść kolejny, około tygodniowy, fragment trasy. Po ponad 150 kilometrach, kończę samotne wędrowanie.


2 thoughts on “GSB #6: Schronisko na Hali Krupowej - Bacówka na Maciejowej:
Rozkosze kotlinnego wędrowania

Dodaj komentarz