EBC #2: Namche Bazar – Nangkar Tshang:
Pierwsze 5000+

Droga w kierunku Tengboche połączyła się w szalonym tańcu z warstwicą i nie zważając na żleby ani garby schodzące ze szczytu, prowadzi prawie poziomo w kierunku ośnieżonych wierzchołków. Everest, Lhotse i Nuptse to giną za grzbietem, to znów pojawiają się jak na dłoni. I tylko ich wierzchołki przysłaniają puchate, białe chmury. Mieliśmy ogromne szczęście widząc je wczoraj w pełnej okazałości. Lecz nawet takie, okryte pierzyną, prezentują się jako wspaniałe tło dla mijanych po drodze buddyjskich stup.

Buddyjska stupa na tle Everestu , Lhotse i Nuptse

Dziś wzrok przykuwa Ama Dablam. Prawie siedmiotysięczna lodowa wieża wznosząca się po drugiej stronie doliny. O jej ogromie przekonuję się dopiero wtedy, gdy na jej tle przelatuje helikopter – mała mucha drażniąca olbrzyma.

Ama Dablam
Ta mała czarna kropka to helikopter

Schodzimy w kierunku rzeki. Mijamy kolejną malowniczą wioseczkę, pełną turystycznej gemeli, hotelików i restauracji. Zagłębiamy się w las. Las złożony głównie z rododendronów, których przemrożone w nocy, brązowe, liście tworzą parasol przed palącymi promieniami słońca.

Zaczynamy schodzić, do Phunke Tenga. Tak mozolnie zdobywaną wysokość, tracimy w szybkim tempie. Wszystko przez most przerzucony nad wartko płynącą rzeką Dudh Koshi.

Himalajska jesień

Na drugim jej brzegu zaczęło się mocne podejście – 600 m w pionie. Akcja rozgrywa się od 3250 do 3860 m npm; w palącym słońcu i tumanach kurzu, bez orzeźwiającej bryzy. To podejście z serii takich, o których nie chce się pamiętać. Zmęczenie wypiera wszelkie obrazy, których nie utrwala też karta pamięci. To za duży wysiłek – wyjąć aparat i zrobić zdjęcie. Zresztą większość widoków zasłania roślinność. I tylko gdzieniegdzie wyłaniają się ośnieżone wierzchołki bezimiennych gór. Krok za krokiem, bardzo powoli, wdech za wdechem, idę. Przerwa. Woda. Przerwa. Czekolada.

Gdy niebo zaczyna dotykać ziemi, a zza kamieni mani, wyłaniają się budynki, nie mogę uwierzyć własnym oczom. Jest Tengboche.

Miejsce to słynie z największego klasztoru buddyjskiego w rejonie Khumbu. Jego początki sięgają początku, XX wieku, a obecną formę uzyskał po odbudowie z pożaru w roku 1989. To właśnie tu, uzyskiwali błogosławieństwo wszyscy himalaiści wyruszający na Everest czy Lhotse. Nie mogłem sobie odmówić uczestnictwa w wieczornym nabożeństwie w tym miejscu.

Klasztor Tengboche

Bogato zdobiona brama prowadzi do szarego budynku klasztoru. Kolejna brama, schody i dziedziniec oddzielają świątynię od świata zewnętrznego. Zagłębiam się w kolorowy świat buddyjskich malowideł, a dym kadzideł drażni nos. Pod długą ławą rząd butów, które należy bezwzględnie zostawić przed świątynią. Zimne kamienie dziedzińca zmuszają do jak najszybszego wejścia.

Na „ołtarzu”, ogromny, siedzący, złoty Budda, którego głowa wystaje ponad strop części dla wiernych. Tuż przed figurą – puste siedzisko okryte złotymi płaszczami. Po lewej, pod takim samym płaszczem, siedzi młodzieniec w okularach. Wydaje się być najważniejszym w tym zgromadzeniu. Naprzeciw niego, wzdłuż głównej nawy, rozstawiono po dwa rzędy ław. Na najbliższej z nich, usiadł mnich prowadzący modlitwę. Swoim niskim głosem, śpiewnie recytuje kolejne wersety mantry. Wpada przy tym w pewien trans, wydobywając z siebie kolejne niezrozumiałe dla mnie słowa. Na pozostałych ławach siedzą kolejni, pochyleni nad świętymi księgami mnisi. Zdaje się, że przenikające zimno ich nie dotyczy. Stojąc w samych skarpetach na zimnej, drewnianej posadzce, w polarze i puchowej kurtce, szczękam zębami. Oni ubrani w tradycyjne, bordowe szaty, odkryte jedno ramię. Dopiero po chwili zauważyłem, że każdy z nich ma przed sobą na bieżąco uzupełniany kubek gorącej herbaty.

Wszyscy kołyszą się w rytm mantr. I mnisi. I turyści. Nagle, ubrany w złocistą szatę mnich wyciągnął zza pazuchy dzwonek. Dźwięk przerwał senny potok słów. Cała sala wypełniła się brzmieniem najróżniejszych dzwonów, bębnów i gongów. Wydaje się, że instrumenty odezwały się bez ładu i składu. Jak próba orkiestry przed koncertem. Na koniec trąby. Dwie, długie tuby ukryte gdzieś w kącie sali. Gdy zagrzmiały swym donośnym głosem, najbliżej siedzący ludzie ukryli uszy w dłoniach. Po chwili wrócono do monotonnych tonów mantry, przerywanej co jakiś czas hałaśliwą kakofonią. Turyści wiedząc co nastąpi za chwilę, już ukryli uszy za ochronną barierą dłoni, rozbawiając przy tym mnichów.
Zimno podstępnie wkrada się przez wełniane skarpetki i osadza na stopach. Pora opuścić świątynię.

W klasztorze proszono nas o nierobienie zdjęć i filmów. Chciałem to uszanować. Ale żebyście nie musieli polegać wyłącznie na moim opisie, fotografie wnętrza świątyni udostępniono tutajtutaj.

Spodziewając się, że za parawanem popołudniowych chmur ukrywa się Everest, wstałem wcześnie, licząc na poprawę pogody. Marzyłem, że zobaczę jak poranne światło przemyka po skałach i śniegach okolicznych gór. Nie zawiodłem się. Pierwsze promienie słońca ozłociły ośmiotysięczniki. Wydawały się, już na wyciągnięcie ręki, mimo, że do ich podnóża zostało jeszcze kilka dni drogi. Magii tej chwili dodawały dźwięki kolejnego nabożeństwa dobiegającego z klasztoru.

Ośmiotysięczne olbrzymy w pierwszych promieniach wschodzącego słońca

Po śniadaniu schodzimy po oszronionych stokach, na których położono Tengboche (3860 m npm). W głębokiej dolinie wciąż panuje półmrok i niska temperatura. Szybki marsz ledwo rozgrzewa mięśnie. Dopiero zalanie szlaku przez pierwsze promienie słońca przynosi błogie ciepło. Wszyscy przystanęli, wygrzewając się jak koty.

W projekcie Polskie Himalaje uczestniczyło około 400 osób. Każdego dnia spotykamy kolejnych wędrowców, którzy schodzą lub dopiero zaczynają swoją himalajską przygodę. Oprócz tradycyjnego „Cześć!”, wymieniamy się poradami i informacjami, jak to tam wyżej wygląda. Jakie są temperatury, ceny, co warto zjeść, a czego unikać. Nasz dzisiejszy cel przewija się w rozmowach już od kilku dni. Niestety wyłącznie jako miejsce, w którym większość łapie zatrucie pokarmowe. Idziemy jak skazańcy na szafot. Jakiekolwiek osłabienie organizmu na tej wysokości może pokrzyżować plany na osiągnięcie celu.

Droga prowadzi przez rododendronowy las. Podobno wiosną miejsce to tonie w różnokolorowych kwiatach. Jesienią, trudno to sobie wyobrazić mijając poskręcane drzewka, których liście zwijają się w brązowawe rurki. Niektórzy nazywają to miejsce „lasem z Władcy Pierścieni”. Jednak mnie daleko od takich określeń.

Kolejne wioseczki, czujne oczy Buddy, mosty wiszące, ogłuszający szum górskiej rzeki i zapierające dech w piersi widoki. Choć to ostatnie może wiązać się też z przekroczeniem wysokości 4000 m npm. Do tej pory, równe spokojne tempo, można było utrzymywać cały dzień. Oczywiście, o ile szlak nie prowadził zbyt stromo. Na długim płaskowyżu dopada mnie jednak niespotykana zadyszka. Ogromny kryzys. Siedzę na kamieniu, naprzeciw Ama Dablam i nie mogę. Nie chcę. Mały krok dla człowieka… a wydaje się niemożliwy do zdrobnienia. Kryzys. Wrzucam w siebie suszoną żurawinę i czekoladę. Ruszam, lecz wyłącznie dzięki temu, że dogoniło mnie kilka osób z mojej grupy. W milczeniu przesuwamy się w kierunku Dingboche.

Gdy wydawało się, że kryzys został przełamany, droga obniżyła się aby przekroczyć rzekę. A później ostro piąć się po jej stromym brzegu. W grupie siła. Zaczęliśmy rozmawiać o najróżniejszych sprawach, byle tylko zająć czymś głowę. I nim skończyły się tematy, okazało się, że jesteśmy w Dingboche.

Dingboche

Popołudniowe ciepło pokoju na poddaszu, przez noc zamieniło się w lodowatą jaskinię. Szyby pokryły się szronem, a woda w butelkach zamarzła. Z ogromnym trudem wychodzę z komfortowych objęć puchowego śpiwora. Jednak pcha mnie myśl, że dziś ten dzień. Pierwszy pięciotysięcznik w zasięgu ręki! Czy raczej nogi… no i oddechu…

Pokrętnymi ścieżkami wydeptanymi przez pasące się jaki, podchodzimy do stupy wznoszącej się za naszym schroniskiem. Herbata, kilka zdjęć i ruszamy.

Przede mną wznosi się Nangkar Tshang. Na najniższy z jego wierzchołków (5083 m npm) prowadzi szlak trekkingowy, będący świetnym wyjściem aklimatyzacyjnym.
Myśląc o pięciotysięcznikach mam w głowie sylwetki Elbrusa, Kazbeku czy Kilimandżaro. Ośnieżone wierzchołki gigantów, górujących nad otoczeniem; strome stoki przecinane niebezpiecznymi szczelinami lodowców i spadające z hukiem lawiny. Tymczasem ja stoję przed łagodną kopułką porośniętą wysychającą trawą. Wygląda bardzo niewinnie. Mam wrażenie, że w zimie, gdy tylko spadnie śnieg, dzieci z okolicznych wiosek zjeżdżają z Nangkar Tshang na sankach. Jednak to tylko pozory i kwestia skali. Gdy tuż obok wystrzeliwują w niebo wierzchołki siedmio- i ośmiotysięczników, wszystko co jest niższe wydaje się tylko malutką górką kamieni.

Piaszczystymi zakosami zdobywam kolejne metry wysokości. Powietrze wypełnia kurz i intensywny, zapychający zapach rozgrzanych ziół, które porastają zbocze. Sto kroków. Przerwa. Trzeba wyrównać oddech, napatrzeć się na widoki. Po prawej otwiera się dotychczas niewidoczna dolina, na której końcu wznosi się Island Peak – sześciotysięcznik, choć niektórzy dodają do niego przymiotnik „trekkingowy”. A tuż za nim, zza grani wygląda Makalu, piąty co do wysokości szczyt na Ziemi. Za plecami wieża Ama Dablam, odsłaniająca nieznane dotychczas oblicze. Z prawej, skaliste urwiska Tabuche Peak i Cholaste – przyprószone śniegiem sześciotysięczniki, górujące nad meandrującymi potokami roztopionych śniegów Everestu.

Boczna dolina w kierunku Chhukhung. Z lewej Island Peak, ginący w chmurach wierzchołek Makalu.
Ama Dablam od północy
Tabuche Peak i Cholaste

Drogę znaczą kopczyki kamieni ułożonych w małe wieże i sznury flag modlitewnych. Kolorowe chorągiewki wypełniają doliny mantrami, przywracając harmonię i zapewniając szczęście.
Pięć kolorów flag, odpowiada za pięć żywiołów. Niebieski symbolizuje przestrzeń, biały – powietrze i wiatr, czerwony – ogień, zielony wodę, a żółty ziemię. Oprócz tekstów modlitw, na każdej z nich znajduje się wizerunek Lung Ta – Konia Wiatru, niosącego na swym grzbiecie trzy skrzące się klejnoty. Zgodnie z tradycją, koń odpowiada za szybką przemianę pecha w szczęście, a niesione przez niego skarby to symbole Buddy, jego nauk (Dharma) i wspólnoty mnichów (Sangha).

Przekraczam kolejne warstwice. Zaczynam oddychać przez usta, łapiąc każdy atom tlenu znajdujący się w powietrzu. Odpoczynek muszę robić coraz częściej. Po kilkudziesięciu krokach nie mogę złapać tchu. Czuję się jakbym właśnie przebiegł kilka kilometrów na najwyższych obrotach. Parę głębokich wdechów i znów kilka kroków do przodu. Wiatr zaczyna dmuchać coraz mocniej, rozbijając o górskie szczyty kolejne fale chmur.

Wychodząc zasapany z kolejnego zakosu widzę skalną grzędę, którą obsiadły kolorowe kurtki. Jest szczyt! Ogromna radość, uśmiech sam pojawia się na twarzy, a w oku kręci się łza. Pierwszy pięciotysięcznik na moim koncie. Nawet jeśli to tylko górka saneczkowa.

Na szczycie
Codziennie wieczór poprzedzany był zaciągnięciem przez góry pierzyny z chmur

Dodaj komentarz