GSB #16: Komańcza - Bacówka pod Honem:
Bieszczadzkie legendy

Idziemy piaszczystą drogą pomiędzy drewnianymi domkami. Kolorowe kwiaty wylewają się zza ogrodzeń. Słońce pali mocno, wszyscy pochowali się w domach. Nagle z otwartej furtki wybiega pies. Wgryza mi się w łydkę. Ból przeszywa ciało i zaciska gardło tak, że nie mogę nawet krzyknąć. Wydaje mi się, że zaraz wyszarpie pół mojej nogi. Tomek cały czas spokojny, powoli podchodzi do mnie i mówi, że pora wstawać. Dopiero teraz dochodzi do mnie, że to był tylko sen, że to tylko Tomek szarpał mnie za kolano próbując mnie obudzić.

Zbieramy wszystkie graty i przy świetle czołówek jemy śniadanie – śledzia w pomidorach. Około 4:20 wychodzimy. Początkowo drogę rozświetlają nam latarnie Komańczy, później łuna wschodzącego słońca.

Kolejny świt na szlaku

Szlak wreszcie schodzi z drogi asfaltowej, podchodząc na bezimienną górę. Na zejściu poślizgnąłem się i uderzyłem kolanem w kamień. Ból wraca. Tym chętniej przyjmuję powrót czerwonych znaków na pobocze drogi do Duszatyna. Jest pusto, wciąż przyjemnie chłodno i ciszę przerywa wyłącznie śpiew ptaków.

Kapliczka w Duszatynie

Wzdłuż strumienia Olchowaty zdobywamy kolejne metry przewyższenia w kierunku Jeziorek Duszatyńskich. Szlak wije się jak wąż, co chwila przerzucając drogę na drugą stronę potoku lub wpinając się na ostrą skarpę. Wreszcie są! Jeziorka Duszatyńskie!

Jeziorka Duszatyńskie

Jeziorka bardzo młode, bo powstałe w 1907 roku na skutek osunięcia ziemi ze stoków Chryszczatej. Po długotrwałych opadach, warstwy łupków stały się płaszczyzną poślizgu dla mas ziemi nad nimi, które spłynęły w dolinę potoku Olchowaty. Uformowana tama zatrzymała wodę spływających potoków, stopniowo napełniając zagłębienie terenu. To można przeczytać na tablicach poświęconych temu miejscu. Jednak jest też druga historia wyjaśniająca pojawianie się jeziorek. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że postanie osuwiska związane jest z rozgniewanym diabłem, który zrzucił w to miejsce ognistą kulę. Ziemia trzęsła się na tyle mocno, że rozbujała dzwony w cerkwi w pobliskich Pełukach. Czy właśnie dzwony świątyni przepędziły biesy? Tego nie wiadomo…

Jeziorka Duszatyńskie

Niepodważalnym faktem jest to, że jeziorka robią niesamowite wrażenie, szczególnie wczesnym rankiem. Kiedy jesteśmy jedynymi osobami nad nimi przesiadującymi. Panuje tu niesamowity spokój, śpiew ptaków, plusk ryb i przelatujące ważki. Chciało by się zostać tu na dłużej, lecz szlak wzywa. Niechętnie podnoszę się z kłody robiącej za ławkę i wciąż odwracając się próbuję dogonić towarzysza zdobywającego wierzchołek Chryszczatej (997 m npm).

Jeziorka Duszatyńskie
Jeziorka Duszatyńskie

Samo podejście też sprawia wrażenie magicznego. Najpierw ciągnie się wzdłuż rynny powstałej po osuwisku. Następnie przebiega przez stary, świerkowy las. Tuż pod szczytem zagubiony w trawach mały cmentarz z I wojny światowej. I dopiero szczyt, gdzie Tomek czeka na mnie w drewnianej wiacie. Tu też spotykamy biegacza, który po krótkiej rozmowie pobiegł w swoją stronę. Wybija ósma rano.

Cmentarz z I wojny światowej na stoku Chryszczatej
Chryszczata 997 m npm

Powoli schodzimy na przełęcz Żebrak (816 m npm). Podobno nazwa przełęczy pochodzi od karczmy tutaj się znajdującej. Jej właściciel miał piękną córkę, a liczni kawalerowie, chętni na zdobycie żony, przesiadywali w karczmie tracąc swoje majątki. Budynek spłonął podczas I wojny. O burzliwej historii przypominają kolejne białe krzyże poległych w czasie konfliktu.

Główny Szlak Beskidzki

Kolejnym szczytem na szlaku jest Jaworne (922 m npm). Na stromym podejściu dopada mnie ogromny kryzys. Wierzchołek wydaje się odległy, a pokryta liśćmi droga na niego, nie do przebycia. Ledwo się na niego wciągam. Na szczycie funduję sobie nagrodę w postaci chałwy. Pomaga, bo dalej ruszam już z nową energią i podejście na wyższy Wołosań (1071 m npm) nie przysparza mi już problemów. Spotykamy tam turystę proszącego o zdjęcie. Wywiązuje się rozmowa, która schodzi na górską wędrówkę. Nie chce on wierzyć, że mamy w nogach 424 km, jakie dzielą nas od Ustronia. Szesnasty dzień w górach też jest dla niego niewyobrażalny.

Łagodnie, raz w górę, raz w dół szlak prowadzi w stronę Cisnej. Ścieżka wiedzie przez bukowy las, a miejsce staje się coraz bardziej popularne, bo mijamy większe rzesze turystów. Ostatni etap dzisiejszej wędrówki to zejście z Hona (820 m npm) do usytułowanej pod nim bacówki. Szlak gwałtownie spada pod wyciągiem narciarskim. Całe szczęście zbocze było suche. Nie wyobrażam sobie tego zejścia w czasie deszczu.

Czerwony szlak

W Bacówce pod Honem dostajemy miejsce w pokoju wieloosobowym, który ma trochę nierówno pod sufitem. Podłoga wyraźnie ucieka w jednym kierunku. W Cisnej uzupełniamy zapasy na kolejny dzień, robimy obiad i wypoczywamy po ciężkim dniu. Już tylko 65 km do celu? Niemożliwe!

Bacówka pod Honem

 

Dodaj komentarz