GSB #17: Bacówka pod Honem - Chatka Puchatka:
Recepta na kryzys – Bieszczady

3.00 Budzik znów rozrywa ciszę. Przynajmniej tak było do tej pory. W pokoju obok impreza chyba wciąż trwa. Oprócz nas, śpią tutaj jeszcze dwie osoby. Po cichu zbieramy wszystkie rzeczy, pranie i jedzenie żeby przepakować się w jadalni na dole. Na schodach spotykamy jednego z imprezowiczów, zdziwionego naszym widokiem. Na wieść, że wychodzimy w góry, spojrzał na zegarek, a później na nas. Jak na szaleńców.

Urządzamy królewskie śniadanie, po wczorajszych zakupach w sklepie. Owsianka, bułki z serkiem wiejskim, pomidorek. Schodzi do nas zaspany pan z długą brodą. Częstujemy herbatą i zaczyna się opowieść. Z przyszłą żoną, brali ślub w bacówce parę dni później, podróżują po Polsce odwiedzając piękne miejsca. Ostatnio bazowali w Rabe, do którego odbicie widzieliśmy poprzedniego dnia. Równo ze świtem wyruszamy.

Most „kolejowy” w Cisnej

Schodzimy do wyludnionego centrum Cisnej. Nie ma żywej duszy. Szlak prowadzi przez most kolejki wąskotorowej, by na drugim brzegu Solinki zacząć ostro podchodzić w kierunku wierzchołka Małego Jasła (1097 m npm). Przypomina mi się opowieść mojej kuzynki, która wyruszając wcześnie rano z Cisnej spotkała kiedyś na szlaku niedźwiedzia. W głowie zaczynam układać scenariusz potencjalnej ucieczki.

Coś czuję, że to nie mój dzień. Mimo wczesnej pory, robi się gorąco i parno. Okulary momentalnie parują. Nie mogę złapać oddechu. Jeszcze rozciąłem palec i krew leje się cienkim strumieniem. Prowizoryczny opatrunek z babki lancetowatej szybko ześlizguje się ze spoconej ręki. Muszę chwilę odpocząć. Wyciągam butelkę z wodą. Zahaczyła się o pasek przy plecaku i wypada mi z dłoni. Na złamanie karku zaczynam za nią gonić w dół zbocza. Pot zalewa czoło. Zaczynają zlatywać się muchy. Chyba tak potężnego kryzysu nie miałem przez całą drogę. Zaczynam zastanawiać się po co to było. Nawet nie pamiętam jak wyglądała droga. Aż do pewnego momentu…

Las się urywa. Wychodzę na polanę, na której czeka na mnie już Tomek. Widoki zapierają dech w piersi. Rozległy widok na słowacką i polską część Bieszczad ładuje mnie niesamowitą energią. Czuję, że te 50 kilometrów dzielące mnie od Wołosatego mógłbym przebiec jeszcze dzisiaj. Cisza i spokój, falujące trawy i odległe szczyty majaczące w niebieskawej mgle. Nie chce mi się stąd ruszać. Szczególnie, że stoki Małego Jasła gęsto porastają dorodne jagody. Trzeba najeść się na zapas, bo w drugiej części dnia wchodzimy do Parku Narodowego, gdzie takie uczty są zabronione.

Ładowanie baterii w toku…
BIESZCZADY!

Magiczna siła Biesów pcha mnie naprzód. W odpowiednim momencie, bo Tomek zaczyna wpadać w dołek. Przy odbiciu na Jasło (1153 m npm) siada wykończony, a ja wyposażony tylko w aparat wbiegam na wierzchołek w poszukiwaniu widoków.

Krótkie odbicie na szczyt Jasła

Spotykamy pierwszych tego dnia ludzi na szlaku. Kilku chłopaków idących po jagody. Przyjemnie schodzimy na Okrąglik (1101 m npm). Na nim czeka ostatnie spotkanie z granicą Słowacji. Trzeba też uważać, żeby nie pomylić szlaków. Od strony słowackiej dochodzi tutaj też czerwony szlak biegnący w kierunku Rabiej Skały.

Okrąglik

Skręcamy na północ, w kierunku Fereczatej (1102 m npm). Receptą na czarne wizje zamkniętego sklepu i śmierci z pragnienia jest piękny widok, który roztacza się ze szczytu. Siedzimy chwilę, jedząc drugie śniadanie. Początkowe strome zejście prowadzi w kierunku wsi Smerek.

Fereczata
Góra Smerek ze wsi Smerek

Kilkanaście jeżyn i parę telefonów później, jesteśmy na dole, we wsi Smerek. Sklep otwarty, roztacza pełnię swoich produktów. Zaopatrujemy się w najpotrzebniejsze towary, część konsumujemy już przed sklepem i znów w drogę. Niestety wzdłuż asfaltu. Fragment ten ciągnie się niemiłosiernie. Nawet gwizdanie utworu „Róza i bez” Andrzeja Żaneckiego (główny motyw filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”) nie pomaga. Chyba nigdzie to jeszcze nie padło, ale właśnie ten utwór pomagał wydostać się z wielu kryzysów. Dojdziesz bracie, choć krucho jest!

I faktycznie, drewniana budka, bilety do parku, pieczątka i rozpoczynamy podejście na Połoninę Wetlińską. Oznaczania szlaku mogli by się tutaj uczyć znakarze z Beskidu Niskiego. Choć pewnie nie było by tej nutki przygody. Szlak tradycyjnie już dla nas to się wspina, to znów opada. Nie robi to na nas wrażenia, dla coraz liczniejszych turystów, zaczyna to być powód do długiego odpoczynku. Tym bardziej z niedowierzaniem patrzą, jak z wielkimi plecakami wyprzedzamy ich. To jest pierwszy raz gdy widzimy, że przez te kilkanaście dni wędrówki kondycja bardzo mocno się poprawiła.

Podejście na Smerek

Chwilę idziemy za starszym małżeństwem. W końcu stają żeby przepuścić tych „sportowców”. Pytają skąd idziemy. Na wieść o Ustroniu patrzą z niedowierzaniem, dopytując, czy jakaś okoliczna miejscowość nie nosi tej nazwy. Okazało się, że mieszkają w pobliżu Ustronia i nie mogli sobie wyobrazić, że w Bieszczady można przyjść na piechotę.

Smerek
Smerek
Smerek

Na wierzchołku Smerka (1222 m npm) jest już mnóstwo ludzi. Gorące, słoneczne lato przyciągnęło tłumy. Przez Połoninę Wetlińską wręcz przebiegamy. Jest tylu turystów, że przestaje to sprawiać najmniejszą przyjemność.

Połonina Wetlińska
Połonina Wetlińska
Tłumy na Osadzkach

Ostatnio było głośnio o przejęciu schroniska Chatka Puchatka przez Bieszczadzki Park Narodowy. Całe szczęście schronisko nadal udziela noclegów (stan na sierpień 2015). Dostajemy więc prycze na pięterku. Zrzucamy plecaki i idziemy do źródełka po wodę. Ze względu na upał, woda ledwo ciecze. O myciu można zapomnieć. Jedynie ochlapujemy się z kurzu i potu. Na obiad gotujemy kaszę z warzywami i obserwujemy jak deszczowe chmury zbliżają się nad pobliską Połoninę Caryńską. Pierwsze grzmoty wywołują postrach wśród turystów. Deszcz jednak przechodzi bokiem.

Chatka Puchatka
Deszczowe chmury

 

Dodaj komentarz