Alpy Stubaiskie: Ilmspitze (2692 m n.p.m.):
Wapienna wieża nie z tego świata

Są takie góry, na które wydaje się, że nie można wejść. Są jak niezdobyte twierdze, których ściany wystrzeliwują w niebo. Ich pionowe mury nie mają ani jednego słabego miejsca, ani jednej rysy, która umożliwiłaby wspinaczkę. Jedną z takich gór jest austriacki Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Postrzępione wieże wystrzeliwują z zielonego grzbietu. Gdy widziałem Ilmspitze po raz pierwszy, skryty był w chmurach. Przypominał zagubiony w dżungli szczyt. Niedostępny i dziki. Gdy w kolejnych dniach mgły rozwiały się, ukazując górę w pełnej krasie, nie mogłem uwierzyć, że możliwe jest wejście na wierzchołek. Od razu zapragnąłem zmierzyć się z nią.

Przez pionowe ściany Ilmspitze poprowadzono via ferratę. To ubezpieczana stalową liną droga, którą można pokonać używając sprzętu asekuracyjnego i metalowych elementów zakotwionych w skale, które upraszczają wspinaczkę. Dzięki nim możliwe jest zdobycie skalnych wież górujących nad dolinami Pinnistal oraz Gschnitztal. Trasę wyceniono w połowie trudności skali ferratowej (C/D)

Topo ferraty za: Bergsteigen.com

Wczesnym rankiem wyruszamy ze schroniska Insbruckerhütte. Na szlaku spotykamy tylko pasące się owce. Im nie przeszkadza panujące zimno i mocne podmuchy wiatru. Nam też nie, liczymy, że wreszcie przyjdzie „wiatr co rozgoni ciemne, skłębione zasłony”.

Dość szybko nasze życzenie spełnia się i odsłania się widok naszej wczorajszej zdobyczy – ponad trzytysięcznego Habicht. Zaczynają się pierwsze miejsca ubezpieczone stalową liną. Wśród postrzępionych, wapiennych skał szlak obchodzi Kalkwand (2564 m n.p.m.) i wyprowadza na grań.

Ilmspitze od razu przyciąga wzrok. Skalna forteca, do której dostępu bronią nie tylko pionowe ściany, lecz także głębokie żleby schodzące z górskiego grzbietu. Wąska ścieżka obchodzi je wszystkie i prowadzi wprost pod początek ferraty.

Z każdym krokiem wapienny zamek wydaje się nie do sforsowania. Mój wzrok podąża za pęknięciami, które potencjalnie mogłyby wyprowadzić w górę. Lecz kończą się i ich przebieg nie wydaje się aby prowadził ku wierzchołkowi. Pionowa ściana bez słabego punktu.

Wsiadamy do wagoniku kolejki linowej. Może to jest recepta na dostanie się na szczyt? Niestety wagonik nie rusza, jest tu ustawiony jako ekscentryczna wiatka wypoczynkowa. Zakładamy sprzęt wspinaczkowy i zaczynamy podróż w pionie.

W niewielkim, wilgotnym kominku zaczynamy z wysokiego C. A właściwie C/D jak wyceniono trudność pierwszego odcinka ferraty. Dość wyślizgany fragment, który mocno czuć w rękach, niezbędnych do podciągnięcia się w kilku miejscach. Najtrudniejszy moment serwowany jest już na początku. Dalej już jest prościej, w skałę wbito metalowe klamry, które niczym po drabinie prowadzą ku szczytowi.

Widzicie te kolorowe kropeczki wspinaczy?

Przez okoliczne szczyty wciąż przelewają się chmury. Stalowa lina prowadzi na, niewidoczną podczas podejścia, ścianę spadającą na stronę doliny Pinnistal. Skalnymi półeczkami wdrapujemy się coraz wyżej. Co jakiś czas zmieniamy wystawę ściany, w końcu gubiąc kierunki świata, zasłonięte przez gęstą mgłę.

Z każdym krokiem z mgły wyostrzają się nieziemskie kształty. To kolejne szpice celujące w niebo i strzelające kanonadą kamyczków w kierunku ziemi. Obchodzimy taką turniczkę przeciskając się przez niewielkie skalne okno. Sypki kominek prowadzi pod jedno z najciekawszych miejsc na szlaku – ogromną szczelinę, która przedziela dwie skały. Jeśli przeraża Cię wyrwa pomiędzy Granatami na Orlej Perci to zastanów się nad wyborem tej trasy… Na wysokości głowy wpinam się w wiązkę trzech stalowych lin. Od przeciwległej krawędzi urwiska dzieli mnie duży krok.

Systemem stromych ścianek i kominków zbliżamy się do szczytu. ABSTEIG – głosi wymalowany na skale napis. Droga zejściowa. Już wiemy, że schodząc ze szczytu wrócimy do tego miejsca. Wchodzimy na ostatni fragment klettersteigi (niemieckie określenie na via ferratę). Przez bardzo sypką bramę skalną (sugeruję przechodzić ten fragment pojedynczo) dochodzimy w partie podszczytowe. Od drewnianego krzyża kończącego szlak dzieli nas już tylko kilka ruchów.

Niewidoczny z tej perspektywy napis głosi o kierunku drogi zejściowej
Uważajcie, bo jest tu bardzo krucho i można zasypać idącego poniżej gradem skalnych odłamków

I w końcu jesteśmy na szczycie. W tej chwili nie czuje się zmęczenia około trzygodzinnej, wymagającej wspinaczki. Serce i umysł pełne jest radości, że udało się zdobyć wierzchołek góry, która wydawała się nie do zdobycia.

Ostatnie metry pod szczytem

Oprócz ogromnej satysfakcji z przejścia pięknej trasy, na zdobywców Ilmspitze czeka piękny widok. Jak na dłoni widać doliny Pinnistal oraz Gschnitztal, wapienne wieże Elfertrurm, czy ogromny, trzytysięczny Habicht.

Habicht
Elferturm
Kosmiczny krajobraz masywu Ilmspitze

Zejście odbywa się fragmentami także via ferratą o trudnościach A/B. Pamiętajmy, że jest to droga wyłącznie zejściowa. Liczne wąskie przejścia i strome fragmenty zostały przygotowane do pokonywania w jednym kierunku. Przez niesamowite balkony trawersujemy dużą część masywu, a stromymi kominkami tracimy wysokość. W zejściu trzeba bardzo uważać na osypujące się kamienie. Kaski i rozwaga wymagane na całej trasie!

Uroki drogi zejściowej

Dodaj komentarz