Skrzyczne na nartach skiturowych:
Arktyka w Beskidach

Od rana wiał silny wiatr. Kolejne wyciągi krzesełkowe zostawały po kolei zatrzymywane. Parkingi powoli pustoszały. Świerki uginały się pod kolejnymi podmuchami. Gdy ostatnie, niezadowolone z nieoczekiwanego i zbyt wczesnego końca narciarskiego dnia, osoby pakowały się do samochodu, my przypięliśmy narty i zaczęliśmy mozolną wspinaczkę w kierunku szczytu.

Ze stacji Szczyrk Gondola, bokiem niebieskiej trasy narciarskiej, powoli foczymy w górę. Ostatni narciarze zjeżdżają w stronę aut. Osłonięty stok i świecące słońce kompletnie nie oddawały grozy sytuacji, która zmusiłaby do zamknięcia ośrodka. Diametralnie zmienia się to po wejściu na osłaniający nas garbik. Tu podmuch wiatru pokazał swoją siłę odrzutowego samolotu. Kawałki śniegu i lodu, zwiewane ze stoku, tną po nieosłoniętej części twarzy. Napór wiatru zapiera dech w piersi.

Dogania nas dwóch innych skiturowców. To właśnie ten rodzaj nart zapewnia nam możliwość podejścia, niezależnie od warunków. Materiał fok, przyklejony do ślizgów desek, zapobiega zsuwaniu się, a luźna pięta ułatwia podchodzenie. Narty dają też szybkość odwrotu. Jeśli stwierdzimy, że warunki robią się za bardzo niebezpieczne, w ciągu kilkunastu minut możemy znaleźć się przy aucie. Mamy wolność, niezależność i całą górę prawie tylko dla siebie!

Wiatr nie słabnie. Człapiemy szeroką aleją, którą niczym latarnie, wytyczają kolejne stanowiska armatek śnieżnych umieszczonych na wysokich ramionach. Przez chwilę myślę, że rozpętała się prawdziwa burza śnieżna. Lecz to tylko zadymka robiona przez armatki. Lód momentalnie zmienia się w wodę na powierzchni mojego softshela. Kurtka zmienia się niedługo w lodowy pancerz. Śnieżna zamieć przysłania horyzont. Majaczą czarne kształty świerkowego zagajnika. Poza tym jestem w białej bańce, niebo nie odróżnia się od podłoża. Tylko pod nartami czuję, że idę w górę. W głowie przemykają mi obrazy z Arktyki, które rysował Marek Kamiński w niedawno czytanej przeze mnie książce “Trzy bieguny”. Kilkadziesiąt minut takich warunków pozwala jeszcze bardziej odczuć skalę jego przedsięwzięcia.

Arktyczne warunki na Skrzycznem

Kolejne podmuchy trzęsą drewnianą chatką postawioną przy stoku. Wiatr stara się oderwać kolejne płaty papy z dachu. Z duszą na ramieniu przebiegamy przez potencjalne pole rażenia. Nogi zaczynają ciążyć, a każdy kolejny krok przychodzi z trudem. Lekko powyżej widać budynek górnej stacji kolejki gondolowej i bar. Liczymy, że uda nam się schować. Po przeprawie przez pole ostrzału armatek śnieżnych, jesteśmy mokrzy. Od stóp do głów. Dosłownie.

Wielka sala restauracji na Hali Skrzyczeńskiej jest zupełnie pusta. Kręci się tylko obsługa poprawiająca krzesełka. Zdejmujemy mokre ciuchy i w kąciku raczymy się gorącą herbatką, skoro nic nie można kupić – zamknięcie ośrodka jest równoznaczne z zamknięciem kuchni. Ciekawe, czy działa to też w drugą stronę…

Rozważania porzucam dla szybkiego rozpięcia butów narciarskich. Mokra skarpetka skrywa straszną tajemnicę – odciski poniżej kostki. Coś czułem, że ostatni fragment szło mi się gorzej, ale nie chciałem dopuścić myśli o otarciu. Po szybkiej interwencji lekarskiej, możemy iść dalej.

Stok bardzo łagodnie wznosi się ku zachmurzonemu niebu. Okulary przeciwsłoneczne ustąpiły miejsca goglom, spod buffa wystaje tylko nos, a kaptur szczelnie opatula głowę. Mimo wszystko wiatr próbuje dostać się pod ubranie i zdmuchnąć nas ze stoku. Powolutku, starając się jak najbardziej oszczędzać przetarte stopy, foczymy w kierunku Zbójnickiej Kopy. Widok charakterystycznej wieży na szczycie Skrzycznego i wizja dobrego ciasta w tamtejszym schronisku napędza mnie do przesuwania stóp.

Im bliżej grani tym spotykamy większe śnieżne zaspy lub od strony nawietrznej, czysty i błyszczący lód. Na beskidzkim grzbiecie pozbawionym roślinności, wiatr smaga policzki z jeszcze większą mocą. Mocniejsze podmuchy przestawiają mnie na oblodzonej drodze. Głowa pracuje już tylko w automatycznym trybie przesuwania się w kierunku szczytu, który znajduje się już bardzo blisko.

Jeszcze krok i szczyt Skrzycznego (1257 m n.p.m.) osiągnięty. Wiatr na metalowej kratownicy wieży nadajnika RTV wygrywa dźwięki startującego samolotu. Schodzimy szybko pod schronisko i rozpływamy się w cieple drewnianej chatki.

Zjazd. Zwykle to najprzyjemniejsza część skiturowej wyprawy. O ile ma się sprawdzony sprzęt to w każdych warunkach można dać radę. Obcierające buty z zapięciem, którego nie czuję (albo uciska mi nogę za mocno) mnóstwo lodu na wąskiej trasie i otarte stopy to nie jest najlepszy zestaw narciarski. Powoli zsuwam się na Zbójecką Kopę. Później, stokiem narciarskim, jest już coraz lepiej, choć nadal daleko do przyjemności wynikającej ze zjazdu. Nagle, z dołu podjeżdża ratrak. I to było zbawienie! Świeżym sztruksem kręcimy zakosy. Wreszcie jest przyjemnie. Niestety to co dobre, szybko się kończy. Ostatni zakręt i pojawiamy się na parkingu. Niecałe pół godziny po zapięciu nart na Skrzycznym.

3 thoughts on “Skrzyczne na nartach skiturowych:
Arktyka w Beskidach

Dodaj komentarz