Himalaje Nepalu:
Czego nie wiesz o trekkingu pod Everest, czyli życie na minimalnych wymaganiach

Przed wyjazdem do Nepalu ostrzegano mnie przed dwoma zagrożeniami czyhającymi w górach. Jakami i wysokością. I Yeti, dodawano żartobliwie. Rzeczywiście, zwierzęta transportowe i choroba wysokościowa to dwa niebezpieczne elementy wyprawy pod Everest. Mimo moich usilnych poszukiwań, Yeti nie znalazłem. Ale są też takie bardziej przyziemne sprawy, które utrudniają wyprawę. Jak na przykład… nuda.

Jedyny ślad Yeti jaki znalazłem

Wczesnym popołudniem otwieramy drzwi schroniska, jemy obiad, zmawiamy kolację i trzeba czymś się zająć. Do wieczora. W pokoju zimno, więc siedzimy w największej sali, gdzie piecyk opalany wysuszonymi odchodami jaka, miło roztacza ciepło (i trawiasto-liściasty aromat, taki trochę jesienny). Można pogadać, ale z czasem tematy się kończą. Można pisać pamiętnik, ale długopis zamarzł albo po prostu nie ma weny. Mapę po kilku dniach znam na pamięć. Książki za ciężkie do brania, a film na telefonie za szybko pożera prąd (możliwość ładowania za opłatą wyłącznie za ladą obsługi). Widoki za oknem szybko przysłaniają chmury. I siedzę w takim nic nierobieniu długie godziny. Przynajmniej nie kaszlę, jak połowa sanatorium dla gruźlików… lodge’y – schroniska znaczy.

Pogaduszki w głównej sali. Obowiązkowo termos z gorącą herbatką
Pogaduszki przed lodge’ą
Popołudniowy brak widoczków

To tzw. kaszel Khumbu. Uciążliwa dolegliwość spowodowana suchym, zimnym powietrzem i niewyobrażalną ilością kurzu, który kłębi się w powietrzu. Podnoszony wraz każdym krokiem człowieka i zwierzęcia unosi się i osiada w gardle. Czuć go na zębach i w nosie. Podrażnia błony śluzowe, więc z dodatkiem niskiego ciśnienia, dostajemy krwiście – szkarłatną chusteczkę do nosa co chwila. Warto próbować ochronić się – oddychać przez nos, założyć buff na twarz. W ten sposób zwiększamy wilgotność wdychanego powietrza oraz lekko je ogrzewamy. Można także stosować pastylki nawilżające gardło. Taka taktyka pozwala mi dość długo stawiać opór kaszlowi Khumbu, który męczy nawet miejscowych. Jednak po prawie trzech tygodniach nierównej walki ulegam tej przypadłości, która męczy mnie jeszcze dobre dwa tygodnie po powrocie do Polski….

Przed słońcem też trzeba się chronić. Krem przeciwsłoneczny z filtrem 50 i okulary lodowcowe to podstawowy ekwipunek na szlak!

Jak to potężne zwierzę, które jest podstawowym środkiem transportu towarów po himalajskich dolinach. Ma za nic takie cherlawe przeszkody jak np. człowiek. Należy bezwzględnie stosować zasadę – większy ma pierwszeństwo i umykać im z drogi. Przepuszcza się je zawsze od strony stoku, nigdy przepaści. Podobno już kilku wędrowców zostało zepchniętych przez karawanę jaków. Nie dla wszystkich była to historia z happy endem.

Przed przejściem ulicy oglądamy się w lewo, prawo i znów w prawo. Przed przejściem mostu wiszącego wsłuchujemy, czy nie słychać dzwonków. Powieszone na szyjach zwierząt transportowych z daleka ostrzegają o zbliżającej się karawanie. Można albo próbować przebiec na drugą stronę, lub czekać aż wszystkie kopyta dotkną przeciwnych stoków doliny. Nie ma możliwości minięcia się na moście.

Nepalskie korki na moście

Należy także uważać na śliskie pamiątki po przejściu takiej karawany. Znam przypadek poślizgnięcia się na takiej „minie”. Mały palec wylądował w usztywniającym opatrunku na kilka tygodni…

Drugim, i chyba poważniejszym zagrożeniem podczas trekking pod Everest jest choroba wysokościowa. Spowodowana jest szybkim zdobywaniem wysokości i nieprzystosowaniem się organizmu do zmniejszonego ciśnienia atmosferycznego. Bezpośrednio objawy spowodowane są mniejszą zawartością tlenu we krwi, a wystąpić mogą nawet na wysokości 2000 m npm. Większe wysokości zwiększają ryzyko dotknięcia dolegliwością.

Porannym rytuałem było mierzenie wysycenia krwi (hemoglobiny) tlenem. Tabela przedstawia orientacyjne wartości na różnych wysokościach.

Dla mnie, choroba wysokościowa zaczyna się niewinnie – ogólne osłabienie, trudniejsze łapanie oddechu, czy zawroty głowy. Głowa zaczyna boleć. Non stop. Ból budzi w środku nocy albo wielkie imadło ściska skronie w ciągu dnia. Niektórzy porównują go do tego jaki dotyka ich na kacu. Podobne jest to, że głową pęka, a duże ilości płynów przynoszą ulgę. Lecz picie przychodzi z trudem. Większym wysiłkiem jest tylko jedzenie. Gdy nic nie smakuje, a wydatek energetyczny organizmu jest ogromny. Nawet nie można odpocząć. Sen nie przychodzi, albo jest przerywany kolejnym uderzeniem bólu. A czasem śnią się tak głupie rzeczy, że pobudka jest jedynym ratunkiem z tej sytuacji. Przychodzi jeszcze większe osłabienie. W najbardziej zaawansowanym stadium, może wystąpić obrzęk mózgu i płuc. To sytuacji bezpośrednio zagrażające życiu.

Oprócz podania środków farmakologicznych, najlepszym lekarstwem jest zmniejszenie wysokości, na której przebywamy.

Pewnym lekarstwem na wysokość jest poprawnie przeprowadzony proces aklimatyzacji. Dochodzimy do jakiejś wysokości, zostajemy tam na dwie noce, robiąc wyjście kilkaset metrów wyżej. Nie na darmo jedną ze złotych zasad himalaizmu jest – Wspinaj się wysoko, śpij nisko. Dziennie nie pokonujemy w pionie więcej niż 500 metrów. I co najważniejsze – powolutku! Jesteś w pięknym miejscu, nie gnaj na złamanie karku, tylko rozkoszuj się widokami. Jednak to nie wystarczy. Trzeba dużo pić. Przynajmniej 3 – 4 litry płynów dziennie. Policzmy…

Herbata na szlaku zawsze smakuje wyśmienicie!

Kubek herbaty do śniadania – 0,25 l

Herbata w termosie – 1,0 l

Woda z elektrolitami – 1,0 l

Zupa na obiad – 0,5 l

Herbata do kolacji – 0,5 l

Razem mamy minimalnie przekroczone 3 litry. Trochę mało. Jednak jest pewne ale…

Jeden z lokalnych „sklepików”. Biel rzepy aż bije po oczach!

Im wyżej, tym drożej. Woda w litrowej butelce (zawsze z zafoliowaną nakrętką!) kosztująca w Lukli (2840 m npm) niecałego dolara, w Gorakshep (5140 m npm) kosztuje już czerto – pięciokrotnie więcej. Jednak nie jest to największy problem. Pojemność ludzkiego pęcherza nie jest nieograniczona. Dopóki wszystko dzieje się przed pójściem spać, to nie ma większego problemu. Ten zaczyna się w nocy…

Wewnętrzny budzik przerywa mój sen. Myślę – dam radę. Wytrzymam do rana. Wiercę się chwilę w ciepłym śpiworze. Zaciskam zęby. Nie idę. Przez cienkie ściany słychać chrapania kogoś kilka pokoi dalej. Gdy po kilku minutach wciąż nie mogę znaleźć odpowiedniej pozycji do spania. Przychodzi nieuniknione. Trzeba rozpiąć ciepły kokon śpiwora i wyruszyć w niebezpieczną wędrówkę w ciemny i zimny świat.

Nepalskie schroniska nie mają izolacji termicznej. Ściany działowe, są na tyle cienkie, że nie dość, że słychać co dzieje się na korytarzu to jeszcze w pokoju obok, albo kolejnym i dalszym. Lekko nagrzewają się za dnia, błyskawicznie wychładzają się po zachodzie słońca. Szpary w ramach jednowarstwowych okien są tak duże, że bez problemu można przecisnąć przez nie monetę. Dach z blachy falistej, często jest sufitem pokojów na poddaszu.  Obraz ten oznacza, że w budynku jest zimno. I to nie zimno, że zmarzną stópki jak się odkryjemy. Temperatura spada poniżej zera. Oczywiście, w tych niższych i cieplejszych noclegach. Wyżej nocą w pokoju pewnie przekraczamy -10. Woda w butelkach zamarza. Podobnie jak oddech, na śpiworze i szybie.

Poranny widok…

Puchowy śpiwór utrzymuje na tyle wysoką temperaturę, że najczęściej śpi się w samej bieliźnie, i obowiązkowo w czapce. Początkowo wygrzebywałem polar z wnętrza śpiwora (schowany tam aby był ciepły rano), ubierałem, rozpinałem śpiwór, mocowałem z zasuwą pokoju i prawie biegiem do toalety. Z czasem, gdy temperatura wzrosła, z czego ogromnie się cieszyliśmy, w pokoju zanotowaliśmy -7 stopni, polar był już niepotrzebny.

Toaleta. Albo muszla albo porcelanowa „dziura w ziemi”. I tak dobrze, że jest to w budynku, a nie poza nim. Mimo to, trzeba uważać na lód na podłodze. Skąd się wziął? Niektórym porozlewała się woda. Woda, która stoi w wielkiej beczce tuż obok i wraz z małym wiaderkiem, o ile nie zamarznie, pełni rolę manualnej spłuczki. A, że w nocy temperatura ujemna…

Zapach tych miejsc jest wyczuwalny z daleka. Nawet przez upośledzony wysokością węch. Tak, na górze prawie nic nie czuć. Zapach musi być naprawdę intensywny, żeby go poczuć. Dlatego jedzenie przyprawiamy dużą ilością soli, czasem i pieprzu, wkrawamy czosnek (mityczne lekarstwo wspomagające proces aklimatyzacji), cokolwiek, byle coś odczuć. Nie czuje się tego dopóki nie przejdzie się pewnej magicznej warstwicy. I to na zejściu. Liche krzewy i trawy ustępują miejsca potężnym drzewom i bujnym krzewom. Wokół robi się zielono. Niesamowite po kilku dniach biało-czarno-brązowej pustyni. Nos jest bombardowany falami zapachów. Pachną liście, pachną igły, nawet pobliski wodospad pachnie świeżością. Przechodząc koło piekarni nie mogę oprzeć się zapachowi kruchych ciastek kokosowych. Wołają mnie przez folię, przywołują, a ja wiedziony nosem, daję się skusić. Siadam później na murku i wraz z herbatą z termosu jem jeden z najlepszych posiłków podczas trekkingu. Z widokiem na Ama Dablam.

Mój najsmaczniejszy posiłek w Nepalu!

Ale są też minusy. Zmęczone ciało i przepocone ubrania przypominają, że istnieją też mniej przyjemne zapachy. I to nie dlatego, że odezwała się we mnie poznańska część duszy, która pożałowała równowartość 10 do 20 zł za ciepły prysznic…

Nie jest łatwo wziąć prysznic na 3000 m npm. Czytany wpis Rafała Froni o prysznicu pod K2 nabiera znaczenia nie do końca niewyobrażalnego. Ale od początku. Wiecie już, że nepalskie lodge nie grzeszą temperaturą. Również pod prysznicem nie jest wybitnie ciepło. Na samą myśl o zdjęciu polaru, zęby zaczynają wygrywać marsza. Może obietnica gorącej wody lecącej z natrysku skłoniła by do tej odważnej decyzji. Lecz zwykle możemy liczyć na miskę wody zimnej i termos wrzątku. Coś na kształt brytyjskich dwu-kranów. I tak mamy szczęście gdy miejsce przeznaczone na kąpiel jest w budynku. Bo często jest umieszczone w małej budce poza nim. Kilka metrów dzielące obie pary drzwi może zmrozić krew w żyłach. Dlatego prysznic bierze się tam, gdzie jest obietnica nielimitowanej ciepłej wody i przejścia bezpośrednio do pokoju pod dachem. A że tych miejsc za wiele nie ma…

Problematyczne jest również mycie zębów. Woda, która jest w kranie (ewentualnie w beczce), nie nadaje się do spożycia, ani płukania ust. Wiele osób wykorzystywało wodę butelkowaną. Jednak ze względu na jej cenę na większych wysokościach może to być kosztowne rozwiązanie. Inni zamawiali ciepłą wodę do termosu i jej część poświęcali na cele higieniczne. Ja poradziłem sobie z tym problemem zabierając w góry płyn do płukania jamy ustnej…


Himalajski trekking to nauka życia na nowo. Na minimalnych wymaganiach. Gdzie twój cały dzień to tylko iść, jeść, pić, spać. Tam każdy oddech znaczy dużo więcej. Kąpiel to jak nowe narodziny. Radość przynosi zjedzenie czegoś ciepłego albo przespanie całej nocy. Cieszysz się, że nie boli głowa. Że w śpiworze masz ciepło, a w pokoju jest już minus siedem stopni! Aż -7! I wystający spod puchu nos wcale tak nie zamarzł. Nie wydobywa się z niego wąska stróżka krwi o poranku. Że żołądek odzywa się wyłącznie w burczącym grymasie i domaga się napełnienia go. Gdzie kostkę czekolady jesz z ogromnym namaszczeniem, a kawałek ciasta, zamówiony w schronisku, to najwyższa nagroda. Najwyższa, obok widoków na najwyższe góry świata.

3 thoughts on “Himalaje Nepalu:
Czego nie wiesz o trekkingu pod Everest, czyli życie na minimalnych wymaganiach

Dodaj komentarz