Rumunia – Piatra Craiului: La Om:
Śniegi i kruszonka, czyli jesteśmy w dupie

3 maja 2018


Po widoku z zamku Rasnov na karpackie pasmo Bucegi, kolejnym krokiem musiała być wizyta w księgarni.

Bucegi

Pierwszy rzut oka wzbudził wątpliwości, czy aby nie kupiłem wybrakowanej mapy. Przyzwyczajony do polskich wydawnictw, brakuje mi… czasów przejścia. Mapy są przygotowywane bardziej „alpejsko”. Poszczególne trasy opisano numerami, których krótki opis znaleźć można na odwrocie. Po szybkim ich przejrzeniu, wybieramy drogę na najwyższy szczyt pasma Piata Craiului – La Om (2238 m npm).

Piatra Craiului

Chłód poranka w Plaiul Foii przyjemnie wlewa się przez otwarte szyby. Po raz pierwszy podczas tego wyjazdu można z przyjemnością założyć bluzę. Pusty parking zwiastuje, że nie spotkamy za wielu turystów – idealnie! Krótka potyczka z automatem z biletami uprawniającymi do wejścia na teren parku narodowego kończy się porażką. Za każdym razem 5 lei jest wypluwane. Trudno, trafiają do kieszeni na inne przyjemności.

Czerwony szlak prowadzi wzdłuż potoku, w kierunku ostatnich zabudowań. Należałoby wtrącić tutaj jeszcze jedną dygresję. O znakowaniu szlaków w rumuńskich Karpatach. Wśród oznaczeń znajdziemy wyłącznie trzy kolory – czerwony, niebieski i żółty. Jednak nie myślcie, że znakarze poszli na łatwiznę! Poszaleli w formie! Obok „tradycyjnego” kolorowego paska otoczonymi białymi (choć obróconego o 90 stopni), znajdziemy kolorowy trójkąt, koło, a nawet krzyż.

Znakowanie szlaków w Rumunii

Zanim opuszczamy wioskę, dołącza do nas czarny pies. Słysząc przed wyjazdem różne opinie na temat rumuńskich czworonogów, próbujemy przekonać go do zastania w dolince. On jednak niezrażony przewodzi nam i potwierdza słuszność drogi wymalowanej przez znakarzy.

Niesamowity spokój wypełnia duszę z każdym oddechem zimnego powietrza, z każdym krokiem, z każdym zachwytem nad ciszą i górującym ponad zielenią lasu – białym grzebieniem wapieni. Z każdym dźwiękiem szaleństw ptaków i każdym wypatrzonym pierzastym śpiewakiem, ukrytym gdzieś w gałęziach.

Sielankowy nastrój zburzył traktor pracowników leśnych. Niespiesznie wyprzedza nas na szutrowej drodze ginąc za zasłoną drzew. Lecz warkot niesie się doliną długą chwilę. A zapach spalonej ropy utrwalił się w nieruchomym powietrzu na kolejne kilka kilometrów podejścia. Podejścia, które prowadzi lasem, stale pod górę i kilkukrotnie przekraczając płytkie wody strumienia Bârsa Tâmaşului.

Już tylko kilkanaście minut stromego podejścia bukowym lasem oddziela nas od pierwszego przystanku – schronu Şpirla. Drzewostan zdążył się już zmienić na iglasty, gdy spomiędzy pni wyłoniła się kosmiczna, czerwona kopułka schronu. To awaryjne schronienie w razie niepogody. Ma drewniane prycze, kącik gdzie turyści zostawili niepotrzebne jedzenie i piec typu koza. Rura wyprowadzająca dym jest tak przeżarta przez rdzę, że prawdopodobnie i tak większość dymu trafi pod czerwone sklepienie. Ale przecież lepsze to niż nic.

Refugiu Şpirla – autor: instagram.com/dar.gaj/

Wąska ścieżka prowadzi pod pole śniegu. Wreszcie dzieje się coś ciekawego. Zaczynam wybijać stopnie dla towarzyszy wędrówki. Kryształki lodu wzbijają się w powietrze. A niestrudzony pies obserwuje nasze zmagania wylegując się na płacie zamarzniętej wody.

Gdy wydaje się, że to chwilowy koniec walki z górą, ta serwuje nam drugą część deseru – kruszonkę. Luźne, drobne kamienie uciekają spod butów. Nieuważny krok kończy się małym zjazdem. Kluczymy, zakosujemy, czasem trzymając się kosówek, a czasem podpierając kijkiem, docieramy do największej atrakcji w drodze na szczyt – La Zaplaz. To wapienne okna, które… rozczarowują wielkością. Na zdjęciach w internecie wydawały się większe… Ale i tak są fajne!

La Zaplaz

Znów robimy przerwę. Czworonożny przewodnik łasi się mocniej niż dotychczas. Próbuje podać łapę, siadać, wszystko by poruszyć nasze serca i dać mu kawałek kabanosa. Chwilę później już wiemy skąd te jego maślane oczy. Zaczyna się wpinanie. Łatwy próg prowadzący pod trudniejsze miejsce – ubezpieczone łańcuchem.

Pies – przewodnik – autor: instagram.com/dar.gaj/

Na mapie pisano o nim jako o jedynym miejscu ze sztucznymi ułatwieniami. A zaraz po nim jest już (prawie) szczyt. Więc wstawiamy się w kominek prowadzący powyżej wcześniej oglądanych okien. I skoro dalej ma już być łatwo to dziarskim krokiem podążamy wyżej. A tam… czeka na nas psi przewodnik. Jakimś tylko sobie znanym skrótem dostał się tutaj przy naszym ogromnym podziwie.

La Lanţuri

Jednak to nie koniec trudności na tej drodze. Ciepła wiosna nie wytopiła jeszcze wszystkich śniegów zalegających w głębokich zacięciach, którymi prowadzi szlak. Kolejne pole śnieżne trochę trawersujemy, trochę idziemy po skałach, balansując na krawędzi „lodowca” i jego parometrowej „szczeliny brzeżnej”.

Jestem w dupie – zaczyna panikować kolega zbierający właśnie pierwsze doświadczenia w bardziej eksponowanym terenie

Miało być prosto… – trochę mi głupio za wybór takiej trasy. Jednak z lekką pomocą daje sobie coraz lepiej radę.

Niedługo sytuacja znów się powtarza. Lekko wspinaczkowy moment, za plecami hula wiatr, a kolejne pole śnieżne do przekroczenia, jest już w zasięgu wzroku. Jestem w dupie. Całe szczęście wskazanie paru dobrych stopni i podanie ręki pozwala z niej wyjść.

Godziny mijają, słońce się przesuwa, zaczyna przygrzewać. Nie spotkaliśmy jeszcze nikogo. Najgorsze, że i szczytu jeszcze nie widać. Białe skały wznoszą się aż do chmur.

Autor: instagram.com/dar.gaj/

Jeszcze parę śniegów, morze kosówki do przekroczenia, parę wspinaczek i kilka bytności w dupie. Doganiają nas jacyś ludzie. Krótka wymiana zdań po angielsku, że mogą iść, że my robimy chwilę przerwy. Między sobą zaczynamy coś ustalać, a wtedy turyści odwracają się z uśmiechem oznajmiając, że też są z Polski. Dostaliśmy polecenie kilku ciekawych miejsc w okolicy i z życzeniem udanej wędrówki, zniknęli za skalną półką.

Wspinaczka prowadzi na przełęcz Şaua Grindului. Poznani turyści gratulują przejścia jednego z najtrudniejszych szlaków Rumunii. Kolega stwierdza, że już nigdy więcej ze mną nigdzie nie jedzie, a i na nizinach będzie bać się wyjść ze mną na piwo. Bo jeszcze coś mi do głowy strzeli i nawet tam go przeciągnę przez jakeś wspinaczki. Całe szczęście po krótkim wypoczynku zmienia zdanie i zamiast zostawać, idzie na szczyt. A po kilku dniach odpoczynku stwierdza, że sumie fajne takie góry i pojechałby jeszcze raz. Chyba choroba nizinna jest zakaźna…

Mijamy kolejna kosmiczną kopułkę i łagodnie pnącą się wśród traw i krokusów ścieżką stajemy na najwyższym szczycie gór Piatra Cralului – La Om (2238 m npm). Piękna panorama Karpat wokół. Warstwowo ułożone wapienie okolicznych szczytów, płaski stół Bucegów i zaśnieżone Fogarasze…

La Om

Zaczynamy schodzić. Ale na przeciwne stoki, niż te, z których przyszliśmy. Pies przewodnik nie daje się namówić do powrotu do swoich dolin. Trzyma się nas.

Autor: instagram.com/dar.gaj/

Szlak cały w kruszonce. Kamyczki osypują się przy każdym kroku. Przypomina mi się tatrzański szlak z przełęczy Krzyżne w kierunku Piątki. Co chwila ktoś ratuje się telemarkiem przed bolesnym uderzeniem tyłkiem o ziemię.

Kruszonka

Powoli to ja zaczynam dochodzić do wniosku, że jesteśmy w dupie. Słońce chowa się po drugiej stronie gór, a my wciąż jesteśmy wysoko. Udaje się namówić kolegę, który nie poszedł w góry do przyjechania po nas. Schodzimy najszybszą drogą, byle w dół. Byle w kierunku miasteczka Magura.

Tempo wreszcie przyspiesza gdy podeszwami dotykamy trawiastych łąk. Ostatnie kilometry to droga leśna przez głębokie wąwozy. Oświetlane światłem czołówki robiły imponujące wrażenie…

Na końcu drogi czeka znajome auto. Z radością przyjmujemy koniec. I tylko nasz czworonożny towarzysz nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Z opuszczoną głową schodzi w kierunku najbliższych zabudowań.


Źródło – Parcului National Piatra Craiului

Królewska Skała, jak można przetłumaczyć łamiącą język nazwę Piatra Cralului, to wapienne pasmo w rumuńskich Karpatach południowych. Dwudziestokilometrowa grań obfituje w piękne panoramy. Aby się na nią dostać możemy wybrać wariant łatwiejszy – od strony południowo – wschodniej, gdzie szlaki prowadzą łatwym, lecz kruchym terenem, lub od wystawy północno – zachodniej, która obfituje w miejsca, w których dobrze mieć doświadczenie z prostą wspinaczką, a lufa pod za plecami nie powinna stanowić dla nas problemu.

Dodaj komentarz