GSB #10: Schronisko Jaworzyna Krynicka - Baza Regetów:
Poszukiwacze zaginionego szlaku

Rutynowy poranek. Budzik zaczyna dzień o 4 rano. Porozumiewawcze spojrzenie – pół godziny drzemki, zbieranie rzeczy do plecaka. Na śniadanie owsianka z bajecznym widokiem na wschód słońca nad Beskidem Niskim. Po całej nocy z gazetami w środku, buty nadają się do użytku. Całe szczęście, nogi też. Więc w drogę. Delektujemy się poranną ciszą.

Wschód słońca na Jaworzynie Krynickiej

Już po kilku minutach docieramy do Diablego Kamienia. Wedle legend, diabeł chciał zrzucić ogromny głaz na Krynicę, lecz wschód słońca zmusił go do upuszczenia kamienia i ucieczki do piekieł. Dla podróżujących Głównym Szlakiem Beskidzkim jest ponadto znakiem szczególnym – znajduje się bowiem w środku trasy. Zatem teraz z każdym krokiem już „z górki” i bliżej celu. Tomek nie podziela mojego zadowolenia, bo dla niego połowa trasy w Bieszczady wypadnie dopiero za kilka dni.

Teraz już z górki – połowa drogi w Bieszczady

Problemy z drogą pojawiają się z chwilą gdy dochodzimy do stoku narciarskiego. Szeroka wycinka ucina nasze widoki na kolejne znaki, a bujna trawa nie wykazuje, żeby gdzieś tędy biegła ścieżka. Wiemy, że Krynica w dole, więc schodzimy środkiem stoku. Nagle pojawia się czerwony prostokąt szlaku, w połączeniu z zielonym towarzystwem. Szczęśliwi z odnalezienia drogi, ufamy znakarzom i podążamy za ich śladami. Jednak zostaliśmy wyprowadzeni w maliny. Dosłownie. Bujne zarośla pokrywają szlak, który okazuje się być w tym fragmencie wyłącznie zielono oznaczaną drogą. W tył zwrot, powrót na stok. Z mapą w ręce i licząc kroki, trafiamy na kompletnie niewidoczne i niepozorne odbicie w las. Na cieniutkim i odległym drzewie nieśmiało wymalowano biało-czerwono-biały znak. Trafiliśmy!

I gdzie teraz? Problemy na zejściu

Dalsza droga prowadzi przyjemnie w dół, krążąc po bukowym lesie i widokowych polanach. Schodzimy do Czarnego Potoku. Tam dołącza się do nas lokalny przewodnik – mały kundelek, który przeprowadza nas bezpiecznie przez Krzyżówki – wzniesienie oddzielające nas od centrum Krynicy Zdroju.

Przed 8 rano wchodzimy do Krynicy. Z pierwszej napotkanej cukierni dobiega nas zapach świeżo pieczonych pączków. Nie mogliśmy przejść obojętnie. Zaspokoiwszy pierwszy głód, zaopatrujemy się w sklepie, jemy drugie śniadanie pod parkową wiatą i ruszamy przez uzdrowisko. Znowu przyciągając wzrok spacerowiczów.

Krynica Zdrój

Gdy możemy wreszcie zejść z betonowego chodnika, spotyka nas podejście na ostatnie wzniesienie Beskidu Sądeckiego – Huzary. Droga wije się przecinając strumyk, morza błota i wycinkę drzew. Na szczycie przykry widok. Śmietnik wypełniony po brzegi, i drugie tyle porozrzucane wokół. Czy naprawdę jest tak trudno zabrać ze sobą puste opakowania po napojach czy jedzeniu, skoro miało się siły aby je wnieść aż tutaj?!

Uciekamy za wskazówkami czerwonych strzałek. Szeroką leśną drogą idziemy, rozmawiamy, idziemy, aż nagle na drzewie pojawia się żółta kropka. Coś nie tak. Wracamy po swoich śladach obchodząc każde drzewo w poszukiwaniu odbicia naszego szlaku. Znajdujemy zarośniętą, ledwo widoczną ścieżkę ostro schodzącą w dół. Gdzieś na drzewie widać zamalowany szlak. Mam tylko nadzieję, że to były tylko jakieś prace konserwacyjne, a czyjś bardzo „śmieszny żart”. Przedzieramy się przez świerkowy las, strumienie i jeszcze więcej błota. Beskid Sądecki żegna nas widokami pól jak z Shire z opowieści Tolkiena.

Już tylko potok Mochaniczka oddziela nas od kolejnego pasma – Beskidu Niskiego. Pokonujemy go przez osobliwy mostek ze zwalonych żelbetowych słupów. I znów szlak się urywa. Szybkie spojrzenie na mapę wyjaśnia, że przez fragment będziemy musieli iść drogą biegnąca przez Mochaniczkę Niżną. Szybko przebiegamy przez czyjeś podwórko widząc otwartą bramę. Oszczekani przez psy meldujemy się na asfalcie. Niedługo potem znaki szlaku pojawiają się znikąd. Ważne, że prowadzą na polną drogę, lekko biegnącą pod górę. Za naszymi plecami widać drewnianą cerkiew, ale na horyzoncie majaczy szczyt Jaworzyny. Już teraz robi wrażenie niesamowicie odległego, a jest jeszcze przed południem.

Granica między Beskidem Sądeckim, a Niskim
Cerkiew w Mochaniczce Niżnej

Beskid Niski wita nas ogromnymi pokładami błota. I paroma miejscami, w których znów nie wiadomo, w którą stronę przebiega nasz czerwony szlak. Później czekają nas jeszcze atrakcje takie jak przedzieranie się przez krzaki, pokrzywy, rzekę Białą (całe szczęście ze względu na upał jest niski stan wody) i morza traw. Na przełęcz pod Wnykami prowadzi nas szeroka leśna droga. Podkręcam trochę tempo, ale szybko dostaję prośbę żeby zwolnić. Chmury powoli zasłaniają błękit nieba.

Beskid Niski

 

Czy ja narzekałem kiedyś na błoto?

Na zejściu w kierunku Hańczowej znów musimy szukać szlaku. Przedzieramy się przez świerkowe zarośla. Kolejne zagubione domki pośród beskidzkiej puszczy i odnajdujemy drogę przez Ropki. Wita nas tablica z nazwą miejscowości zarówno po polsku, jak i po łemkowsku. Wchodzimy na teren, który  próbowano odciąć od swoich korzeni wysiedlając miejscową ludność po II wojnie światowej. Przesiedlano ich bo mówili innym językiem, mieli inną wiarę i kulturę. Ludowa władza bała się, że mogą wspierać antypolską partyzantkę, kompletnie nie rozumiejąc odrębności tej ludności. Przez najbliższe dnie będziemy mijać puste polany, które kiedyś były gwarnym wsiami. Po dawnych mieszkańcach przypominają dziś wyłącznie stare krzyże i drzewa owocowe rosnące przy szlaku, z dala od obecnych miejscowości.

Na czerwonym szlaku

Idziemy szeroką, ubitą drogą. Dobrze widoczny szlak zachęca do podkręcenia tempa. Nagle znak Uwaga! Zmiana kierunku szlaku. Tuż przed mostem, myślimy, że może dalej pójdziemy wzdłuż potoku, więc posłusznie schodzimy z wygodnego traktu. Znaki prowadzą w pokrzywy, no dobra, ufamy w końcu znakarzom. Błoto, ok. To teraz przeskoczcie przez rzekę. Z utęsknieniem patrzymy na naszą drogę i most tuż nad naszymi głowami lądując po kostki w błocie po drugiej stronie. Żart znakarzom się udał, wprowadzają nas znów na naszą piękną drogę. Ekstremalne przeżycia dostaliśmy zupełnie gratis.

Kolejny etap wędrówki biegnie asfaltową szosą do Hańczowej. Z daleka wypatrujemy ostatniej góry, jaką mamy dziś zdobyć – Koziego Żebra. Wiemy, że podejście szykuje się strome, ale zamiast odpoczywać, jeszcze przyspieszamy. Wszystko dlatego, że gonią nas ciemne chmury, które zwiastują deszcz.

Okolice Hańczowej

W Hańczowej przyjemnie przechodzimy obok domów podziwiając kolorowe ogrody. Bajeczny krajobraz przerywa strzałka zostawiona przez znakarzy. W lewo. W pokrzywy. W maliny. Przez błoto. Krowie placki. W rowy, wyschnięte koryto rzeczki i pastwiska ogrodzone drutem kolczastym. I powyższe składniki udanego szlaku powtarzają się w najróżniejszych kombinacjach. Do znudzenia. I znów wychodzimy na równy asfalt. Wydaje nam się, że słyszymy śmiech, tych, którzy zafundowali nam taką wspaniałą przeprawę. Nasze myśli trzeba by ocenzurować. Spotykamy pierwszych dziś pieszych turystów idących nam naprzeciw. Jest po 14.

Podejście na Kozie Żebro

Zaczyna się najostrzejsza część wspinaczki na Kozie Żebro. Zmęczenie wychodzi nadspodziewanie szybko. Pot zalewa czoło. Parę kroków, odpoczynek, podejście przy asekuracji okolicznych drzewek. Widać już dno butelki z wodą. Na szczycie stajemy w tym samym momencie, w którym zaczyna się deszcz. Początkowo słyszymy tylko krople uderzające o liście. Jednak ten naturalny parasol po chwili zaczyna przeciekać. Ostre zejście już teraz jest śliskie od mokrych liści. Spod nich widać glinę, więc wiemy, że przy zachwianiu równowagi możemy odzyskać ją dopiero u podnóża góry. Nogi bolą coraz mocniej. Od nieustannego schodzenia zaczynają drgać. Deszcz pada coraz mocniej.

Pieczątka Bazy Namiotowej SKPB Warszawa w Regetowie

Dochodzimy do stanu, w którym jest już nam kompletnie obojętne, czy będziemy w bazie za pięć minut, czy za dwie godziny. Jesteśmy cali mokrzy, głodni i zmęczeni. Powłóczymy nogami, gdy zza zakrętu widać zabudowania. Czyli się udało. Regietów! Wstępują w nas nowe siły. Jeszcze tylko bród na rzeczce i jesteśmy w bazie namiotowej. Dostajemy miejsce w namiocie, bierzemy prysznic w lodowato zimnej wodzie i wreszcie jedzonko. Ryż z sosem pomidorowym. Na „deser” grzanki z ogniska z żółtym serem. I mimo kropiącego deszczu, nadal jest poczucie, że jest pięknie. Z przyjemnością możemy posiedzieć pod wiatą, przy świetle i niesamowitym zapachu naftowych lampek planując trasę na jutro. Trochę krótszą niż dziś, więc można posiedzieć wieczorem przy ognisku i posłuchać opowieści goszczących tam ludzi.


Dodaj komentarz