Zimowa Grań Tatr Zachodnich: Grześ - Starorobociański:
Pierwszy dzień wiosny weryfikuje skiturowe plany

Zimowa Grań Tatr Zachodnich to projekt, który powstał przy okazji pierwszego, zimowego wyjazdu w Tatry w grudniu 2014 r. Pomysł kiełkował każdej kolejnej zimy i zmieniał się w zależności od warunków pogodowych. Zaczęliśmy od grani pomiędzy Wołowcem, a Kończystą. Kolejnej zimy, z uwagi na trudne warunki atmosferyczne, tzw. szklane góry odpuściliśmy Czerwone Wierchy i ruszyliśmy drogą nad Reglami. W 2017 r. dołożyliśmy wejście na Ciemniak i na nartach na Kasprowy Wierch. Na koniec, w marcu 2018 r. pospinaliśmy wreszcie ostatnie fragmenty dostępne szlakami turystycznymi podczas kilkudniowej wycieczki na nartach skiturowych. Dlatego w tym wpisie środkowa część tekstu odnosi się do przejścia wcześniejszego o kilka lat (czy w sumie zim).


Czasami chęć wyjazdu w góry, wyrwania się z nizin, jest ogromnie silna. Gdy wreszcie nadejdzie ten upragniony termin wyjazdu pakuje się plecak i rusza w góry. Tak było z marcowym wypadem na skitury w Tatry. Radość z tego, że udało się znaleźć wspólny termin by wreszcie dokończyć projekt zimowego przejścia grani Tatr Zachodnich przysłoniła wszystko, łącznie z datą. W Kuźnicach wypożyczyliśmy sprzęt skiturowy oraz lawinowy i busikiem podjechaliśmy do doliny Chochołowskiej. Całą drogę marzyliśmy o wpięciu wiązań i powolnym sunięciu w stronę schroniska. Zdziwienie było ogromne, gdy naszym oczom ukazał się asfalt pokrywający dolny odcinek Chochołowskiej. Płaty mokrego śniegu leżały na Siwej Polanie. Z foczenia (podchodzenia na nartach z wykorzystaniem fok – materiału zapobiegającemu zsuwaniu się nart w dół stoku) nici. Przytroczyliśmy narty do plecaków i rozpoczęliśmy powolny marsz w górę doliny. Kilka cieplejszych dni wytopiło śnieg na szlaku do samej Polany Chochołowskiej. Ale czego można się spodziewać po pierwszym dniu wiosny…

Jedziesz w góry na narty, a tam pierwszy dzień wiosny…
A na Chochołowskiej kwitły już pierwsze krokusy!

Rezerwacja pokoju w schronisku, zmiana przepoconych podejściem koszulek i ruszamy na Grzesia. Szmer fok rozległ się po lesie. Byliśmy w swoim żywiole. Wygłodniali narciarskiego szaleństwa musieliśmy stopować się przed wbiegnięciem na szczyt. Zapach iglastego lasu motywował do wysiłku, by zaczerpnąć jeszcze więcej pachnącego powietrza. Widok z grani przysporzył morza endorfin. Wszystkie złe myśli towarzyszące wnoszeniu nart umknęły. Została tylko radość z możliwości obejrzenia cudownej panoramy zimowych Tatr.

Grzbiet w kierunku Rakonia był oblodzony. Wiatr zwiał śnieg pozostawiając srebrzyste lustro, którego nie chwytały się narty. Słońce powoli chowało się za horyzontem, uświadamiając nam, że pora wracać do schroniska.

Zerwałem foki, wpiąłem wiązania i ruszyłem jako pierwszy. W warstwie nawianego śniegu robiłem kolejne skręty nartami. Wszystkie udały się idealnie. Na twarzy pojawił się uśmiech i rumieniec spowodowany zimnym powietrzem owiewającym policzki przy zjeździe. Do granicy lasu zjeżdżało się z dużą satysfakcją. Późniejsza wyślizgana, lodowa rynna w jaką przerodził się szlak, odebrała całą przyjemność zjazdu.

Zjazd ze stoków Rakonia


Kryzys. Ogromny. Każdy krok kosztował mnie tyle, jakbym stawiał go kilka tysięcy metrów nad poziomem morza wyżej. Głowa pęka, czy to z powodu wczorajszej imprezy zapoznawczej, czy na zmianę pogody. Słońce schowało się za chmurami. Jest koło południa, a krajobraz przybrał barwy późnego popołudnia. Ścianę Wołowca zapamiętałem jako niewyobrażalnie wysoką, lśniącą od lodu i ginącą w chmurach. Coś nie do zdobycia. Założyłem po raz pierwszy w życiu raki. Trochę niepewnym choć systematycznym krokiem zdobywałem wysokość. Nie patrzyłem dalej niż na dwa ruchy do przodu. Chrzęst stalowych zębów wbijających się w zmrożony śnieg wyznaczał tempo mojego wejścia. Z radością powitałem szczyt. Odpoczynek, herbata z termosu i drugie śniadanie. Z widokiem na ośnieżone i wymarzone Rohacze nowe siły pojawiły się momentalnie.

Tajemnicza ściana Wołowca

Odzyskałem swoje normalne tempo. Wąską jak ostrze granią, powoli tracę tą trudno zdobywaną wysokość. Po prawej, słowackiej stronie, opadające stoki przypominały jeszcze jesień. Trawy przybrały szaro-brązową barwę. Natomiast pionowe skały po lewej stronie pokryte były śniegiem. Ścieżka to zahaczała o zimę, to wracała w jesienny klimat.

Łopata

Nawet nie zauważyłem kiedy pokonałem ścianę Jarząbczego Wierchu. Rozmowa ze spotkanymi tam ludźmi, częstowanie się wzajemnie czekoladą i zaczynamy zejście do schroniska przez Kończysty Wierch oraz Trzydniowiański.

Podejście na Jarzabczy


Góry skryły się w chmurach. Szuraliśmy powolutku w kierunku Trzydniowiańskiego szczytu. W lesie leżało mnóstwo powalonych drzew i zerwanych gałęzi, których ominięcie nie należy do najłatwiejszych z doczepionymi do stóp nartami. Wyprzedziła nas czteroosobowa grupka Francuzów. Oprócz nich nie ma nikogo. Cisza, spokój i biel śniegu oraz mgły.

Oblodzonym żlebem zaczęliśmy zygzakowatą wspinaczkę na szczyt. Ostra krawędź narty ledwo trzymała się zmrożonego stoku. Wszystko było na granicy stabilności. Na kolejnym zakosie, gdy wydawało mi się, że rozgryzłem bezpieczne pokonywanie stoku, obciążona noga ześlizgnęła się. Momentalnie straciłem równowagę. W akcie desperacji próbowałem wbić palce i kijki w podłoże by wyhamować. Bezskutecznie. Czekan, który mógłby mnie wtedy zatrzymać przytoczony był do plecaka. Ten, napakowany sprzętem i jedzeniem zzuwał się pierwszy. Zaraz za nim ja. W głowie przypomniała mi się cała wspinaczka tą zalodzoną pochylnią. Klnę, że będę ją musiał podchodzić raz jeszcze. Kombinuję, że tym razem odepnę narty i pokonam ją w rakach. Z rozmyślań wybiło mnie uderzenie w sosenkę, która szczęśliwie wyrosła na torze mojego dupozjazdu. Ból rozniósł się po pośladkach i placach. Łapałem długo oddech. I powolutku zacząłem odrabiać to co zjechałem, wbijając i poprawiając nartę za każdym jej ustawieniem.

Jeszcze przed upadkiem

Na Trzydniowiański weszliśmy w kompletnej mgle. Widać było nie dalej niż czubek nart. Powietrze stało, wydawało się, że nie ma szans na rozwianie się chmury. Ostrożnie zsunęliśmy się na Kończysty i rozpoczęliśmy foczenie w kierunku Starorobociańskiego. Wspinaczka na szczyt przypomniała mi wcześniejsze o kilka zim wejście na Wołowiec. Z bolącymi od upadku plecami, z kompletną niechęcią w głowie, szedłem bo wypada, bo musieliśmy się stąd wydostać do ciepłego schroniska po drugiej stronie góry.

W mleku…
…a powinniśmy zobaczyć mniej więcej taki widok…

Starorobociański skąpał się w mleku. Trudno było rozróżnić gdzie zaczyna się niebo, a kończy ziemia. Wilgoć i wiatr pomogły w podjęciu decyzji o zjeździe. Z kijkiem i czekanem, powoli zsunęliśmy się ze stoków Starorobociańskiego. Omijąc kamienie, które wyłaniały się przed nartami. Pamiętając lufę jaka otwiera się z lewej strony szlaku, trzymałem się słowackiej strony stoku i w głębi duszy, cieszyłem się z warunków. Widząc jak wysoko jesteśmy, kolana mogłyby ugiąć się w nieodpowiednim momencie. Z Siwego Zwornika płynnie wyjechaliśmy na Siwą Przełęcz i dopiero jej wypłaszczenie nas zatrzymało. Gdy odwróciłem się zobaczyłem jeden z najwspanialszych widoków w życiu. Chmury zaczynały się rozwiewać i ukazywać szczyty Bystrej i Błyszcza w całej okazałości. Po chwili niebo znów stało się niebieskie otwierając  pełnąp Tatr Zachodnich. Szczęki opadły z hukiem na śnieg.

Podejście na Starorobociański. Stromy stok wymusił wzięcie nart na plecy.
Chwila na szczycie na podziwianie widoków
Rozdroże szlaków na Siwej Przełęczy

Bystra, najwyższy szczyt w Tatrach Zachodnich
Naklejanie fok przed dalszą wędrówką

Przez grań Ornaku sunęliśmy oglądając się dookoła. Zachodzące słońce przygotowało fantastyczny spektakl. Co chwila zatrzymywaliśmy się na zrobienie zdjęć lub na nacieszenie oczu widokami.

Przez grań Ornaku

Natomiast zjazd na Iwaniacką Przełęcz był okropny. Pod cienką warstwą ubitego śniegu była gruba warstwa niezwiązanego puchu. Narty ściągały w dół stoku i momentalnie nabierały prędkości. Zagłębione pod śniegiem nie chciały skręcać. Najprostszym sposobem na wytracenie prędkości była przewrotka na plecy. Z przełęczy, z nartami na plecach, dotarliśmy po zmroku do schroniska Ornak w Dolinie Kościeliskiej.

Chmury o zachodzie słońca nad Kominiarskim Wierchem

Umieszczone w opisie mapki mają jedynie charakter poglądowy. Należy pamiętać aby przed wyjściem w góry sprawdzić aktualny komunikat lawinowy, a trasę wędrówki oraz sprzęt, dostosować do panujących warunków.

Dodaj komentarz