Himalaje Nepalu - Cho La Pass::
Mordor w Himalajach, czyli droga przez dwa lodowce

Dotychczas zrealizowano:

✔  Przeżyć lądowanie w Lukli.
✔  Zobaczyć Everest i wspiąć się powyżej 5000 m npm.
✔  Stanąć pod Czortenem Kukuczki.
✔  Dojść do Base Campu.
✔  Wejść na Kala Pattar.

Wydawało by się, że już wszystko co najlepsze za mną. Czas spakować rzeczy i wracać. Rozpocząć trekking powrotny przez Namche Bazar do Lukli, wsiąść do samolotu i poszybować w kierunku Kathmandu. Tak wygląda plan trekingu dla około 95% turystów odwiedzających ten rejon…

Jednak pozostałe 5% wybiera inną drogę. W okolicach Lobuche odbijają na szlak prowadzący w kierunku Cho La – przełęczy położonej na prawie 5,5 tys. metrów powyżej poziomu morza, do której dostępu broni prawie pionowa ściana i lodowiec. Już sama myśl o kolejnym wysokim podejściu jest odstraszająca dla większości. Mnie jednak jakoś dziwnie przyciąga…

Po zejściu z Kala Pattar, na szybko zjadam baton, popijam herbatą, robię lekki przepak i wychodzę razem z grupą. Zmęczenie daje o sobie znać. Znów drogę do Lobuche pokonuję na jakimś trybie automatycznym. Nie robię zdjęć, nie myślę, nie zapamiętuję nic. Po prostu idę. Krok za krokiem, metr za metrem…

Zejście wzdłuż lodowca Khumbu

Skręt na przełęcz Cho La wybudza mnie z tego stanu. Nowe widoki? Nowa siła!

Nowe widoki? Nowa siła!

Mijamy Ama Dablam, majaczący w oddali i zagłębiamy się w dolinę. Minimalnie większe ciśnienie parcjalne tlenu powoduje przypływ sił. Zaczynam też kombinować, że te Himalaje, to takie Tatry na sterydach. Jezioro Chola przypomina trochę Morskie Oko, jedna z wież Arakam Tse to taki buddyjski odpowiednik Mnicha… Czy to aby nie jest nawrót choroby wysokościowej? Czy to aby nie halucynacje?

Tak trochę jak na MOku

Mijam garbik i czuję się jak w Bieszczadach – łany traw falują na wietrze, a i ścieżka wije się „połoniną”. Mam wrażenie, że za chwilkę zobaczę Chatkę Puchatka z Wetlińskiej. Ciekawość pcha mnie dalej czy za kolejnym zakrętem jest już schronisko?

Pomijając drugi plan, to takie trochę Bieszczady, co nie?

Nasza grupa bardzo się rozciągnęła. W zasięgu wzroku mam tylko kilka osób. Nie ma tutaj karawan jaków, tragarzy ani masy turystów. Całe góry tylko dla mnie – w swojej ciszy, zapachu wyschniętych traw oraz tańcu chmur i skalistych wierzchołków. To naprawdę niesamowite uczucie! Podobnie jak spojrzenie na czerń nocnego nieba usianą milionami gwiazd. Spokój wypełnia duszę, zmęczenie odchodzi i tylko ujemna temperatura zmusza do powrotu pod dach. Tam grzeję się przy piecyku opalanym wysuszonymi odchodami jaka (w Himalajach nic się nie marnuje!). Po tradycyjnym dal bhat’cie (ryż z warzywami i zupką z soczewicy) uciekam do pokoju by ukryć się w ciepłych objęciach puchowego śpiwora.

Nepalski posiłek dal bhat, tu w wersji delux z dużą liczbą dodatków, im wyżej, tym jest ich mniej

Kolejny dzień rozpoczynamy znów przed świtem. Spowity szronem świat przybiera kolory szarości. Po wyjściu ze śpiwora panujący mróz popędza nas do jak najszybszego rozpoczęcia trekkingu i rozgrzania się. Wczesne wyjście jest bowiem koniecznością, ponieważ słońce w zenicie wytapia kamienie zamknięte w lodowym więzieniu lodowca na Cho La. Uzyskawszy wolność, pędzą one na złamanie karku, wprost na podążających na przełęcz nieroztropnych piechurów. Nie chcemy być tymi nieroztropnymi…

Maszerując obserwujemy jak słońce rozświetla wierzchołki okolicznych szczytów, które przybierają barwę złota. Księżyc powoli chowa się za przełęczą. Szron ustępuje pod naporem ciepła. Świat skryty w cichej, bocznej dolinie powoli budzi się do życia. Wśród traw i kamieni buszują himalajskie kury, które brzuszek przystroiły w zeberkę, a na skrzydła zarzuciły panterkę. Przyglądają się nam ułary tybetańskie.

Ułar tybetański

Szlak powoli wznosi się, a ja wyszukuję wzrokiem obniżenia grani, przez które przejdziemy. Wokół pionowe górskie ściany, niedostępne dla nas. Słońce przypieka coraz mocniej, zmusza do zdejmowania kolejnych warstw ubrań. A może to ścieżka pnie się coraz mocniej pod górę?

Dochodzimy do bardzo stromej ścianki. Pokrywające ją kamienne rumowisko pozwala nabrać wysokości w dość łatwym terenie. Rosnąca wysokość przypomina o sobie przyspieszonym oddechem. Później wąski trawers w lewo po połogich płytach. Trasa lekko zakorkowała się przez nepalskich tragarzy. Chwilę później osiągam coś co wygląda jak przełęcz. Jednak radość trwała krótko. Po drugiej stronie rozpościera się lodowiec, a nie kolejna dolina…

Szerpowie dźwigające niebotyczne ciężary zawsze wzbudzają mój podziw i szacunek
Czoło lodowca na Cho La

Boczną moreną wchodzimy na lodowiec. Nie jest to żwirowisko, jak pod Everestem, lecz biały, lśniący jęzor lodu. Niektórzy wyciągają raczki, Szerpowie przechodzą go w crocsach lub trampkach, a ja wyszukując wychodzącego z lodu żwiru i lodowych chropowatości, wspieram się na kijkach próbując zachować pionową postawę ciała. Ku mojej radości – udaje się!

Szczelina brzeżna lodowca

Na lodowcu czuję się jak w wielkiej suszarce. Z jednej strony, słońce odbija się od zakrzywionego zwierciadła zamarzniętej wody i daje przyjemne uczucie ciepła. Natomiast wiejący przez przełęcz wiatr natychmiast wychładza, a jego porywy urywają głowę.

Kamyczek wielkości samochodu, który upadł na lodowiec
Lodowiec na przełęczy Cho La

Na przełęczy Cho La otwierają się widoki na nieskończone morze gór. Brak w nim tak dobrze już mi znanych charakterystycznych wież Ama Dablam, brakuje też skalnego muru Nuptse. Trzeba uczyć się nowych nazw, nowych sylwetek. Wzrok ucieka coraz dalej próbując znaleźć kolejny ośmiotysięcznik, który widać na mojej trasie – Czo Oju (8201 m npm).

Przełęcz Cho La

Wężyk kolorowych kurtek powoli wspina się, inny ucieka w doliny. Przyłączam się do tego drugiego i ruszam w kierunku Gokyo. Osypująca się dróżka przypomina rumuńskie pasmo Piatra Craiului. Po męczącym fragmencie szlaku prowadzącego kruchym terenem z radością witam brązową, wyschniętą łąkę. Nie przeszkadza mi nawet to, że ścieżka pnie się trochę do góry. A to tylko po to, aby następnie momentalnie zacząć tracić wysokość i zaprowadzić do wioseczki Dragnag. To zejście znajduje się w jakimś tunelu powietrznym. Silny wiatr wpycha do oczu, ust oraz nosa piach i pył.

Zejście z Cho La

Wietrzne zejście

Wreszcie szlak schodzi na lodowiec Ngozumba. Liczne ścieżki wiją się po szarym, skalistym jęzorze. Słońce powoli chyli się ku zachodowi. Nagle słyszę głośny trzask! To kamień wpada do jednego z jeziorek, które wytopiły się na powierzchni lodowca. Obleciał mnie strach. Jeden przewodnik już dawno po drugiej stronie – poszedł z najszybszą częścią grupy. Drugi, daleko w tyle sprowadza tych, którzy idą wolniej. A my stoimy we dwóch nad rozległą krainą przypominającą krajobraz tolkienowskiego Mordoru. Nie znając bezpiecznej ścieżki, zastanawiamy się jak osiągnąć naszą Górę Przeznaczenia.

Na całe szczęście pojawia się kilkuosobowa grupka turystów. Zagadujemy ich przewodnika dokąd idą i czy możemy zabrać się z nimi. Po pozytywnej odpowiedzi wkraczamy w nieprzyjazny świat pełen gruzu, jeziorek o niesamowitym kolorze i lodu.

Nabierając stopniowo pewności na lodowcowych ścieżkach, wyprzedzamy idącą wolniej grupkę naszych chwilowych towarzyszy. Bez zawahania kierujemy kroki po szarych, zapylonych dróżkach. Kolejny trzask lodowca przywołuje nas do porządku. Dreszcz strachu przeszedł przez całe ciało. Próbujemy dogonić kolejną grupę wędrowców idących przed nami. Gdy już nam się to udało, oni zatrzymują się. My pod pretekstem napicia się herbaty też robimy przerwę. Ruszają, nam akurat kończy się ciepły napój, więc wstajemy i podążamy za nimi. Gdy oni zastanawiają się na rozstaju dróg, zupełnym przypadkiem dostrzegam bardzo interesującą formę lodowcową, której koniecznie muszę zrobić zdjęcie. Obawa przed zgubieniem szlaku późnym wieczorem na „żyjącym” lodowcu każe nam się trzymać krok za nimi.

Wreszcie, wąziutką, osypującą się ścieżką wychodzimy na morenę boczną lodowca Ngozumba. Prawie całujemy pasącego się na „brzegu” jaka. Udało się przejść na drugą stronę. W tym momencie słońce wysyła ostatnie promienie przed schowaniem się za Czo Oju. Świat nabiera złotych barw. Fale jeziora Gokyo lśnią w ostatnich promieniach słońca. Po morderczym dniu, kilkunastu kilometrach i niezliczonych metrach przewyższeń, pora na zasłużony odpoczynek w nieodległej lodge’y…

Wydawałoby się, że wcześniejsze dni trekkingu na najpopularniejszej trasie Himalajów oddają cały obraz tych gór. Jednak wędrówka przez Cho La i kolejne dni spędzone w Gokyo miały mi pokazać jak mało jeszcze wiem o Himalajach.

2 thoughts on “Himalaje Nepalu - Cho La Pass::
Mordor w Himalajach, czyli droga przez dwa lodowce

Dodaj komentarz