GSB #1: Ustroń - Schronisko na Stożku:
Kierunek: WSCHÓD! Tam musi być druga kropka!

Autobus podskakuje na kolejnych łatach asfaltu i wraz ze wschodzącym słońcem budzi mnie na długo przed moim przystankiem. Szybko zmieniające się krajobrazy za oknem. Miasta, miasteczka, pola i góry na horyzoncie. Wreszcie jest, tablica oznajmiająca, że wjechaliśmy do Ustronia.

18 lipca 2015 r. godzina 7:00 – początek czerwonego szlaku przy stacji PKP Ustroń – Zdrój. Chciało by się napisać, że pierwsza z kropek (symbolu oznaczającego początek szlaku), lecz z powodu remontu infrastruktury jest tylko blaszany symbol szlaku i tabliczka kierunkowa na Równicę.

Szlak pnie się pod górę pomiędzy zabudowaniami. Na ulicach żywej duszy, bo i po co wstawać tak wcześnie w sobotę? Idzie się szybko, bo i warunki sprzyjają. Lekki chłód poranka, dużo sił, więc i plecak aż tak nie ciąży. Tylko głowa nie może się jeszcze przyzwyczaić do samotnej wędrówki oglądając się co chwilę za siebie, czy aby tempo dla pozostałych towarzyszy nie jest za szybkie.

Pierwsze, ostrzejsze podejście pod Kamień Ewangelików przypomina, że ostatnie dni spędziłem nad książkami i nauką do egzaminu. Oddech coraz szybszy i płytszy, pot zalewający już nie tylko plecy, ale i czoło, zmuszają do zatrzymania się. Po tych dwóch, czy może trzech kilometrach cel w Bieszczadach wydaje się jeszcze bardziej odległy niż przed chwilą.

Ścieżka wyprowadza wreszcie pod Równicę (884 m npm). Tam ogromne zdziwienie – asfalt? Samochody? Ale którędy? Podczas szybkiego śniadania przed schroniskiem na Równicy i przeanalizowaniu mapy wszystko staje się jasne. Prawie pod sam szczyt biegnie droga z Ustronia Polany, kolejnego, małego celu. Czerwone znaki częściowo prowadzą po ulicy, czasem ścinają zakręty prowadząc przez las. Dość szybko znajduję się w… punkcie wyjścia. Prawie. Jestem u podnóża Czantorii (995 m npm), w innej dzielnicy Ustronia. Słońce przygrzewa już coraz mocniej. Wokół pełno samochodów i ludzi, którzy na weekendowy spacer postanowili wybrać się w góry. No i kolejka linowa. Która kusi tym mocniej, im mocniej plecak ciąży i podnosi się temperatura powietrza. Łyk wody, coś na głowę i powoli pod górę. Dopóki szlak prowadzi lasem, idzie się całkiem przyjemnie. Korony drzew chronią przed palącym słońcem. Nawet ostre podejście nie jest aż tak straszne. Dopiero po wyjściu na stok narciarski, góra pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Na takie warunki mówi się u mnie Jaworzynka. Każdy kto przemierzał tą tatrzańską dolinkę w pełni lata wie o czym mowa. Palące słońce, brak cienia, brak wiatru. Tutaj dołożono jeszcze strome podejście. Największym marzeniem wędrowca jest w takim momencie wypłaszczenie w cieniu przy silnych podmuchach wiatru. Wydaje się, że może uda się je spełnić. Oto koniec wyciągu, pełno budek z pamiątkami, napojami, góralska orkiestra szykuje się do koncertu, prawie 30 stopni na termometrze. Patrzę na zegarek. Mimo nieprzyjemnego podejścia jestem na Czantorii przed czasem. Chwila triumfu. Dopiero spojrzenie na mapę uświadamia mnie, że to dopiero Polana Stokłosica, a do szczytu mam jeszcze 30 minut…

Całe szczęście Droga Rycerska biegnie w cieniu drzew i dotarcie na szczyt byłoby przyjemnością, gdyby nie tłumy podążające szlakiem. Na wierzchołku wybudowano drewnianą budkę serwującą napoje i przekąski po stronie polskiej oraz stalową wieżę widokową po stronie czeskiej. Zająłem drewnianą ławeczkę w cieniu, by spróbować wmusić w siebie kolejną porcję śniadania. Upał i zmęczenie odbierało chęć do zjedzenia czegokolwiek, łącznie z czekoladą. Po chwili dosiedli się do mnie kolejni turyści. Wywiązała się krótka rozmowa o trasie, o pogodzie, w końcu zadali to pytanie. Gdzie idę z tak dużym plecakiem? Pewnie na Baranią Górę, a kto wie, może i na Babią Górę! Tak! A później jeszcze cały czas górami, aż w Bieszczady – odpowiadam. Mina moich rozmówców wyrażała lekki niepokój, z jakim to szaleńcem siedzą przy jednym stole. Mężczyzna siedzący obok i przysłuchujący się tej rozmowie, zaczął krztusić się pitym sokiem. Kolejny raz zacząłem myśleć o tym, na co się porwałem.

Wieża widokowa na Czantorii

Wąska, zarastająca i kamienista ścieżka sprowadza wzdłuż granicy z wierzchołka. Już po paru krokach można znaleźć się w innym świecie. Gwar został za plecami, a oczom ukazuje się spokojny las. Kolejne kroki, raz w górę, raz w dół. I tylko każdy szelest wzmaga uwagę. Czasem liście poruszyły ptaki, czasem to ktoś z naprzeciwka. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że idę sam. Ciemniejsze chmury przysłoniły słońce. Idzie się dużo przyjemniej. Oczywiście do czasu.

Ciszę przerywa głośny huk. Przez głowę przebiegają myśli, czy to trwa zwózka drewna, jakaś cywilizacja w pobliżu? Nie. Znów ten sam dźwięk, już bliżej. Można rozpoznać, że to grzmot. Burza w górach to coś, co każdy by chciał przeżyć. No właśnie, przeżyć. Więc mimo zmęczenia trzeba zacisnąć zęby i przyspieszyć. Mapa podpowiada, że schronisko na Soszowie już blisko. Wypatruję bryły budynku między liśćmi. Wreszcie wydaje się, że widać gont, jest dach, jest schron! Radość przeradza się w rozpacz, gdy rzekomy gont okazuje się liśćmi kolejnych zarośli. Pioruny walą w nie tak odległe szczyty. Z nieba spadają pierwsze, ostrzegawcze krople.

Schronisko wyłania się, tuż za rozległą łączką. Chmury zatrzymały się na przeciwległym końcu doliny. Drewniany domek okazuje się oazą spokoju i miejscem z duchem gór, którego w niektórych miejscach już zupełnie nie czuć. Czas upływał w zastraszającym tempie, a chciało by się tam siedzieć i siedzieć. Czy to sprawka Gospodarza, który siadł na werandzie i przygrywał na gitarze, czy to działanie piwa na zmęczony organizm? W międzyczasie popadało, a po piosence odpędzającej burzowe chmury, znów zaświeciło słońce. Jakieś dobre duchy czuwają nad tym miejscem. Z tym większym bólem serca trzeba było je opuścić.

Szeroka droga kieruje na Soszów Wielki (885 m) i wzdłuż granicy prowadzi na dalsze szczyty. Końcowym z nich jest Stożek Wielki (978 m). Ostre podejście wyżyna resztki sił. Mimo dość wczesnego popołudnia postanawiam zanocować w tutejszym schronisku. Droga na tyle daleka, że zakatowanie się już pierwszego dnia, nie służy niczemu dobremu. Drewniany budynek sprawia wrażenie zupełnie pustego. Łóżko dostaję bez problemu, prysznic bez kolejki, piękny widok za oknem. Tylko zjeść cokolwiek, niewyobrażalny wysiłek. Jestem tak zmęczony, że zjedzenie kawałka czekolady przychodzi z największym trudem. Coś niewyobrażalnego. Mimo wczesnej pory, i z racji zakończonej smsowej relacji z meczu siatkówki Polska – Francja, pora spać.

 


Dodaj komentarz