GSB, a co takiego?

Schronisko pod Turbaczem powoli budziło się do życia. Z dużej jadalni na piętrze dochodził trzask sztućców i talerzy. Z okna kuchni turystycznej na parterze widać było owce pasące się na Długiej Hali. Słońce powoli rozświetlało kolejne łany złotych traw. Kuchnię zaczął wypełniać bulgoczący dźwięk gotującej się wody. Do kuchni wszedł dwudziestoparoletni chłopak, który przerwał szum czajnika pytaniem czy wrzątku starczy i dla niego. Niezręczne milczenie rozwiała rozmowa o planach wędrówek na dziś. Moje przejście przez Jaworzynę Kamieniecką do bazy namiotowej pod Gorcem spotkało się z lekkim, trochę lekceważącym uśmiechem. Rozmówca zapytany o cel swojej wędrówki wypowiedział tylko trzy słowa: Główny Szlak Beskidzki. Wtedy taka nazwa nic mi nie mówiła. Dopiero wyjaśnienie przebiegu trasy spowodowało, że musiałem zbierać szczękę z podłogi. I do końca dnia chodziła mi po głowie już tylko jedna myśl. A gdybym i ja się wybrał na coś takiego…

Główny Szlak Beskidzki jest najdłuższym znakowanym szlakiem górskim w Polsce. Zaczyna się w Ustroniu, a kończy w Bieszczadach. Zatem pozwala odkryć sześć pasm górskich: Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski oraz Bieszczady. Trasa niezmiennie oznaczana kolorem czerwonym wynosi około 500 km.

Pomysł przeprowadzenia szlaku przez najciekawsze rejony Beskidów powstał w latach 20. XX w. Wtedy też oznakowano trasę liczącą 750 km aż do zbiegu granic Polski, Czechosłowacji i Rumunii na górze Stoh w Górach Czywczyńskich (obecnie przebiega tam granica Ukrainy z Rumunią). Po II wojnie światowej zmodyfikowano przebieg szlaku i zakończono go w Bieszczadach. Trasie nadano też imię Kazimierza Sosnowskiego, pomysłodawcy szlaku.

Gdy po powrocie na niziny emocje związane z tym spotkaniem trochę opadły, impulsem do działania było wygranie przewodnika po GSB. Teraz to już trzeba iść, bo nie ma już żadnych wymówek ani przeszkód. Oprócz dobrego towarzystwa na tak długą trasę.

Szalony pomysł przejścia całego szlaku, od kropki do kropki, wzbudził wielkie zainteresowanie znajomych i każdy chciał podjąć razem ze mną takie wyzwanie. Lecz im bliżej lata, tym mniej osób było chętnych z najróżniejszych powodów. Gdy w końcu udało się skrzyknąć parę osób, by towarzyszyły przez kolejne tygodnie, jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość, że pierwsza grupka nie może jechać. No trudno, jadę sam. Znalazłem autobus nocny do Ustronia i w drogę!

Prawie w drogę, bo na dworcu autobusowym cisza. Godzina przyjazdu, a pojazdu nie widać. Nawet nie ma kogo zapytać co się dzieje z autobusem. Ciśnienie momentalnie się podnosi, gdy mija godzina odjazdu. Ktoś już rezygnuje i wraca z bagażami do domu. Mija jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt minut i wreszcie autobus pojawił się na peronie. No to może jednak się uda?

 

Dodaj komentarz