GSB #12: Bacówka w Bartnem - Chyrowa:
Deszczowe córy ognia

3:00. Budzik rozrywa nocną ciszę. Za oknem czarno. Z trudem wstajemy i w ciemniej jadalni jemy stary chleb z serem i kiełbasą. Do popicia woda przyniesiona z Regetowa. Zbieramy wszystkie graty, zakładamy buty, kurtki i czołówki i w drogę. Jest kilka minut po czwartej rano.

Przed schroniskiem kompletna ciemność, rozrywana wyłącznie przez snopy świateł z naszych latarek. Niebo zasnuwają ciemne chmury. Cieszymy się, że nic z nich nie pada, bo prognozy mówiły o końcu opadów dopiero za trzy – cztery godziny. Deszcz skończył się nocą, trawy są jeszcze mokre. Liczymy więc, że co się miało wypadać, to się już wypadało i ostrożnie stawiamy kroki przez ciemny las. Całe szczęście światło odbija się od szlakowej farby i łatwo odnajdujemy drogę na przełęcz Majdan, gdzie jest już na tyle widno, czołówki lądują w plecaku.

Pięć po piątej meldujemy się na Magurze Wątkowskiej (822 m npm). Podejście rozgrzało mnie ta tyle, że szczyt zdobywam już w krótkim rękawku. Na szczycie znajduje się ołtarz polowy wraz z pomnikiem Jana Pawła II. Jest też kapsuła z pieczątką, dziennikiem wejść oraz… termometrem. Wskazuje on 13 stopni. Ciężkie chmury zaczynają przeciekać. Gdy spadają pierwsze krople deszczu kryjemy się pod zielonym parasolem Magurskiego Parku Narodowego.

Ucieczka nie trwa za długo, bo dość szybko trafiamy na szeroką leśną drogę, która sprowadza nas na przełęcz. Znajdujemy schronienie w drewnianej wiacie i nad mapą ustalamy co robimy. Kilka kostek czekolady pozwala znaleźć siły na dalszą deszczową wędrówkę. Ruszamy, bo deszcz wydaje się trochę ustawać.

Nic bardziej mylnego! Niedługo później ulewa wraca ze zdwojoną siłą i szukamy schronienia pod niewielkim daszkiem tablicy informacyjnej przy odbiciu żółtego szlaku w kierunku cudownego źródełka. Z mapy wynika, że tuż za Ostryszem jest wiata. Niesieni marzeniem o miejscu, w którym moglibyśmy chwilę przeschnąć, nadajemy tempo jak jeszcze nigdy. Ani błoto, ani gałęzie nie są przeszkodą. Pędzimy ku każdej jaśniejszej plamie widzianej wśród koron drzew z nadzieją, że to nasza przełęcz z drewnianym domkiem.

Parę kryzysów później docieramy. Wreszcie można zdjąć mokre płaszcze i przepocone koszulki. Zaczynamy bazowanie. Wczorajsze pierogi, herbatka z termosu (uzupełniana na bieżąco deszczówką) i energetyczne przekąski. Wszystko smakuje wybornie. Po prawie dwóch godzinach spędzonych pod dachem, wszystkie ciuchy zdążyły już wyschnąć. Padać nie przestaje, ale stwierdzamy, że nie możemy tu siedzieć cały dzień i trzeba się ruszyć.

Jednak tuż przed wyjściem coś mnie tknęło żebym założył stuptuty. Przedzieramy się przez leśną gęstwinę, która po chwili zamienia się w prawdziwe bagno. Idę pierwszy wybadać teren. Błotna kałuża pochłonęła mnie do połowy łydki. Chyba ktoś nade mną czuwał i kazał założyć opinacze.

Wejście na Kolanin (705 m npm) zakończyło się idealnie w momencie gdy zrobiło mi się ciepło, ale po plecach nie zaczęły płynąć strumienie potu. A trzeba dodać, że nachylenie szlaku jest słuszne i szybko zdobywa się wysokość. Jednak w tych błotnisto – wodnych warunkach bardziej boimy się o zejście. Czy raczej o to aby się nie ześlizgnąć z wierzchołka. Powolutku i w miłym towarzystwie salamander schodzimy bez wywrotki.

Salamandra plamista

Kiedyś uważano, że te zwierzątka rodzą się z ognia. Obserwowano jak wypełzają z podpalanych stosów drewna, gdzie znalazły schronienie. Jednak według mnie to prawdziwe córy deszczu. Wszystkie moje spotkania z tymi sympatycznymi płazami odbywały się podczas opadów lub bezpośrednio po nich. To właśnie czas, w którym najłatwiej spotkać salamandrę za dnia. Zwykle prowadzi nocny tryb życia, ukrywając się przed wysoką temperaturą.

Idąc na Przełęcz Hałbowską mijamy dwójkę turystów opatulonych w śpiwory i czekających na poprawę pogody w mijanej wiacie. Na przełęczy stoi kolejna wiata i bez towarzystwa pałaszujemy kolejne kostki czekolady. Następny etap to podejście w kierunku Kamienia. Wędruje się całkiem dobrze, spotykamy nawet wędrowców z naprzeciwka. Szlak wchodzi na szeroką leśną drogę, nie widać żadnych znaków o odbiciu szlaku, więc rozmawiamy i idziemy. Aż drogę zagradza powalone drzewo. Naturalne wydaje się, że jego obejściu będzie dalszy ciąg drogi i szlaku. Jednak nie tam. Za pniem gęsty las. Żadnej drogi, ścieżki, czy nawet jakiegokolwiek śladu obecności człowieka. W tył zwrot i szukamy cieniutkiej, lekko widocznej ścieżki będącej odbiciem Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Kąty już blisko

Przez pola kierujemy się na Kąty. Deszcz trochę ustał, lecz i tak do sklepu nanosimy mnóstwo błota. Zapasy jedzenia uzupełnione, a  częściowo skonsumowane na pobliskim przystanku PKS. Przestało padać, lecz czuć, że buty są całe mokre. Każdemu krokowi towarzyszy chlupnięcie. Wytrwale chlupiemy na Łysą Górę (641 m npm), czasem idąc środkiem łąki i kierunek przebiegu GSB wyznaczając na oko. Do Chyrowej powtarzają się łąki, las i błoto, aż do znudzenia. W nogach czuć zarówno kilometry, jak i zmęczenie spowodowane deszczem. Wreszcie jest, tablica, drewniana cerkiew i wreszcie Schronisko Chyrowa. Dostajemy we władania tzw. GOPRówkę. I można się wykąpać, zjeść ryż z sosem pomidorowym, trochę się oprać i pozamulać na dworze. Słodkie nieróbstwo dobrze robi. Lecz mokre buty pozostają dużym zmartwieniem, czy zdążą przeschnąć do rana?

Beskid Niski
Cerkiew w Chyrowej

 

Dodaj komentarz