GSB #9: Chatka pod Niemcową - Schronisko Jaworzyna Krynicka:
Cztery beskidzkie żywioły


Żywioł pierwszy – WODA


Budzik znów wybija 4-tą rano. Wyspani i pełni sił na dzisiejsze wędrowanie odkrywamy, że za oknem wciąż pada. Może lepszym określeniem jest kropi. Ale na tyle intensywnie, że po chwili marszu bylibyśmy cali mokrzy. W nadziei na rozpogodzenie, zaczynamy śniadanie. Niestety, deszcz nie ma zamiaru ułatwiać nam wędrówki. Uznajemy jego wyższość udając się na godzinkę drzemki.

Po tym czasie, wydaje się, że można znów rozpocząć przygotowania do wymarszu. Żal opuszczać Niemcową. Ale droga daleka, pogoda chyba stabilniejsza, z obietnicą wrócenia tu kiedyś, ruszamy. Jak się okazało, była to tylko chwilowa przerwa w przedstawieniu wystawianym przez beskidzką przyrodę.

Pozorna poprawa pogody

Żywioł drugi – MGŁA


Zamiast majestatycznego wschodu słońca – góry mgieł. Powoli wracamy na szczyt Niemcowej, i zaczynamy wędrówkę w kierunku Rytra. Mijamy pojedyncze domy i całe osady zagubione gdzieś pośród łąk i na skraju bukowych lasów. Mgła nadaje tym obrazom tajemniczości i magii. Wydaje się, że te drewniane chałupki to tylko iluzja, i znikną gdy wzruszymy chmury. Szeroka panorama na coraz liczniejsze domy i widok ruin zamkowych po drugiej stronie zbocza, zwiastuje, że Rytro już niedaleko.

Osada zagubiona w karpackiej mgle
W drodze do Rytra

Żywioł trzeci – BŁOTO


Już wydaje się, że jesteśmy, już myślimy co kupić w sklepie, a nagle trasa ostro zakręca, by do końca nie zdradzić w jakim rejonie miasteczka wyjdziemy. Wędrowanie umilają niezliczone pokłady błota. Po zapoznaniu się z nimi, można było je podzielić na trzy grupy. Te, z którymi się zaprzyjaźniliśmy, to małe błotniste kałuże, które bez problemu można przejść, czy w chwili przypływu szaleństwa –przeskoczyć. Drugą grupą są błota groźne. Szeroko rozlały się po szlaku, są z daleka widoczne i ostrzą zęby na pobrudzenie butów i spodni. Lepiej je obchodzić szerokim łukiem. Najwięcej problemów jest z podstępnymi mokradłami. Z daleka zachęcają do przejścia tuż obok nich, bo nie wyglądają groźnie. Ale jeden fałszywy ruch, postawienie stopy za blisko, i wciągają nogę przynajmniej do kostki. Po kilkukrotnym bliskim spotkaniu się z takim błotkiem, wyglądam gorzej niż po przejściu tatrzańskiej Jaskini Mylnej po największych opadach.

Przyjazna kałuża

Może dlatego w Rytrze przyciągamy wzrok? Bo chyba dwóch wędrowców z plecakami, jedzących na przystanku autobusowym bułki z rybą w pomidorowym sosie w niedzielny poranek nie jest aż tak warty uwagi?

Kolorowe Rytro

Po uzupełnieniu sił i zapasów ruszamy do góry. Idzie się przyjemnie, wciąż jest chłodno, las ma niesamowity zapach po nocnym deszczu. I właśnie deszcz znów wysuwa się na pierwszy plan sceny rozpostartej nad Beskidami. Pojedyncze krople zamieniają się w mur wody. Szybkie ochronienie siebie i plecaka pałatkami i możemy ruszać. Lecz szlak wznosi się coraz ostrzej i ostrzej. Pod nieprzemakalną peleryną robi się coraz cieplej. W końcu i pod nią jest się całym mokrym. A zimny wiatr bezlitośnie podwiewa i jeszcze oziębia atmosferę. Modląc się aby się tylko nie rozchorować i lecząc przydrożnymi malinami, docieramy wreszcie do schroniska Cyrla. Zajmujemy ciepły kąt, suszymy rzeczy i raczymy się jogurtem jagodowym i szarlotką. Siły znów wracają, a za oknem zaczyna się nowy rozdział opowieści.


Żywioł czwarty – SŁOŃCE


Powoli zza chmur wychodzi słońce. Rozświetla kropelki wody na trawach, które momentalnie zaczynają parować. Polana przed schroniskiem momentalnie wypełnia się dusznym powietrzem, więc uciekamy w las, w stronę Hali Łabowskiej. Mielibyśmy wręcz sprinterskie tempo, gdyby nie liczne jagody. Ogromnej polanki wypełnionej po brzegi cudownymi, dużymi i słodkimi owocami nie mogliśmy przegapić. Po dobrych kilku(nastu) minutach i cali fioletowi ze szczęścia, ruszamy w dalszą podróż. Słońce pozwala się przyjemnie wygrzać, co wykorzystują też jaszczurki wybierając dogodne miejsca na kamieniach. Jednak w butach, od rana przemoczonych, wciąż chlupie. Przerwa w schronisku nie pomaga. Przynajmniej w tej kwestii. Bo uzupełniliśmy siły o kolejne kalorie i daliśmy znać do domu, że mamy się całkiem dobrze.

Wygrzewające się jagody

Tradycyjnie koło schroniska trochę większy ruch turystyczno- rowerowy. Im dalej w las, tym ciszej. I podejście w kierunku szczytu Runek pokonujemy samotnie. I nadspodziewanie szybko, na czekoladowym dopingu. Późniejsze kluczenie w kierunku Jaworzyny Krynickiej dało nam się bardziej we znaki. Szczególnie, że już czuć tworzące się na stopach odciski.

Prawie powłócząc nogami docieramy do schroniska na Jaworzynie. Dostajemy pokój z łazienką, ciepłą wodą i pięknym widokiem z balkonu. Gorący prysznic, przepierka, schabowy z kwasem chlebowym i widokiem na zachodzące nad Beskidami słońce. Było warto każdej kropli potu.

Życie jest piękne – zanotowałem przy tym widoku. I właśnie dla takich chwil warto jeździć w góry.

Dodaj komentarz