GSB #8: Baza Lubań - Chatka pod Niemcową:
Bo wie Pani, oni całe Beskidy przechodzą!

Zaczyna robić się jasno. Nasłuchujemy, co się dzieje w nadziei, że pada i będzie można jeszcze pospać. Niestety to tylko wiatr buszujący w konarach pobliskich drzew. Pora rozpiąć ciepły kokon śpiwora i ruszyć w zimny świat.

Gorczański poranek

Jeszcze zaspani przygotowujemy śniadanie. Został nam makaron i pulpety z poprzedniego obiadu. Żołądek nie chce przyjąć takiego zestawu przed 4 rano. Ale przecież za kilka godzin będziemy w Krościenku i uzupełnimy zapasy, więc trzeba zjeść to co mamy. Zanim na palniku zagotuje się woda na makaron, biegam na skraj lasu oglądać wschód słońca. Wreszcie zza szarego pasa niskich chmur i mgieł wynurza się czerwona tarcza.

W drogę!

Ruszamy. Czerwony szlak prowadzi nas szerokimi, równymi, leśnymi drogami (później okaże się, że to efekt budowy dróg rowerowych w regionie) biegnącymi cały czas w dół. Wędrówkę umilają co jakiś czas widoki Pienin skąpanych w porannym słońcu i okrytych lekką mgłą.

Pieniny

Krościenko zastajemy jeszcze zaspane. Wizyta w sklepie, uzupełnienie zapasów na najbliższe dni. Trzeba też coś zjeść. Owoce, drożdżówki, jagodzianki, jogurty. Wszystko nieprawdopodobnie pyszne, doprawione górskim zmęczeniem i głodem. Na rynku otwierają się pierwsze kramy z regionalnymi produktami. Ludzie pośpiesznie biegają między sklepami. Wokół robi się coraz większy zgiełk. Słońce również nie próżnuje, wspinając się coraz wyżej na niebie i grzejąc coraz mocniej. Jest to sygnał, że trzeba podnieść się z wygodniej ławeczki postawionej w cieniu.

Pierwszy kryzys dopada mnie dość szybko. Jeszcze w Krościenku, gdy tylko skończył się cień przydrożnych drzew. Ogromna łąka, przepełniona zapachem nagrzanych traw i kwiatów, brzęcząca licznymi owadami i palona słońcem. Krok za krokiem, powoli przesuwam się ku linii lasu. Parę kroków, otarcie potu z czoła, łyk wody. Krok, woda, krok…

… woda… krok… woda…

Całą wyprawę ciągnie Tomek, który niewzruszony pogodą zdobywa kolejne metry, a ja człapię się za nim. Cel – Dzwonkówka, szczyt, którego nie widać – góreczka w środku lasu. Dłuższa przerwa, bo cień, i można zjeść drugie, czy może już trzecie śniadanie.

Szlak prowadzi raz w górę, raz w dół. Wydaje się, że jesteśmy w środku nieprzebytej puszczy. Że do najbliższych ludzkich osad, czekają godziny przedzierania się przez morza pokrzyw, leśnej gęstwiny i przynajmniej siedem gór. Tym większe jest zdziwienie, gdy pośrodku tego niczego pojawiają się pojedyncze domy, a później całe osiedla. Z zadbanymi ogródkami, ładnymi domami i samochodami zaparkowanymi przed nimi. Tylko ludzi nie widać. Przez miasteczko duchów uciekamy pod górę.

Kolejne domki zagubione wśród gór

Kolejnym małym celem na dziś jest Skałka. Z map wynika, że jeśli tylko zdobędziemy ten wierzchołek, to już później duża część trasy będzie prowadzić po dość płaskim terenie. Tutaj kolejny kryzys. Głowa pragnie by w najmniejszej nawet góreczce doszukać się tego wymarzonego szczytu. Każdy większy kamień wystający z leśnej ściółki wydaje się, że może być potencjalnym wierzchołkiem. Lecz docierając do niego widać, że dalej jest kolejna górka. I to wyższa od tej, na której teraz stoimy. Może tamta będzie Skałką?

Z prawdziwej Skałki widać już stację przekaźnikową na Przehybie. Odpoczynek już prawie widać jak na dłoni, w schronisku znajdującym się po drugiej stronie sąsiedniego szczytu. Pusta jadalnia, stukot butów roznoszących się po schroniskowych „marmurach”, zmycie potu zimną wodą i owoce, jako kolejny już posiłek przywracający siły. Pieczątka w notesie i ruszamy. Na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego (w który weszliśmy przechodząc przez most nad Dunajcem w Krościenku) – Radziejową (1266 m npm). Liczne polanki pełne jagód pozwalają na bieżąco uzupełniać siły. I pomimo, że w międzyczasie straciliśmy trochę wysokości, podejście na Radziejową przychodzi mi nadspodziewanie łatwo po porannych kryzysach. Przez głowę przechodzi mi myśl – ooo! To już! Tomek nie podziela mojego optymizmu i na szczycie zajmuje miejsce na ławeczce, gdy ja wspinam się na wieżę widokową. Szeroka panorama pozwala obejrzeć drogę, która już za nami i szczyty, które zostały nam jeszcze do zdobycia.

Widok z wieży na Radziejowej

Wokół szczytu trochę większe zagęszczenie ludzi niż do tej pory. Uciekamy przed nim w kierunku Wielkiego Rogacza. Z map wynikało, że czeka nas strome podejście, a my nawet nie zauważamy, kiedy stajemy pod tabliczką z nazwą szczytu. Teraz już tylko w dół na Niemcową.

Tabliczki kierunkowe czasem niosą więcej treści niż tylko kierunek i orientacyjny czas przejścia 😉

Zaaferowani ciemnymi koralami leśnych borówek boimy się, że przegapimy odbicie do Chatki pod Niemcową, naszego dzisiejszego noclegu. Całe szczęście spotykamy parę, która też wybiera się w tym kierunku i razem, leśną ścieżką docieramy do drewnianych chałupek na skraju polany.

Niemcowa

Dostajemy miejsce w dużej izbie oświetlonej wyłącznie przez dwa małe okienka. Nawet w dzień panował tam półmrok. Drzwi skrzypiały przy każdym ich dotknięciu. W środku roztaczał się zapach starego drewna. Cudowne miejsce! Po drugiej stronie krótkiego korytarzyka – kuchnia. Cała wypełniona dymem z pieca opalanego drewnem. Liczne półki uginały się od talerzy, sztućców i garnków.

Niemcowa

Dzisiejszym obiadem miał być makaron z sosem pomidorowym. Sos trochę się rozwodnił i wyszło coś na kształt zupy. Widoki wynagradzały wszystko. Nad doliną Popradu zbierają się ciemne chmury. Wiatr przybiera na sile. Zanosi się na deszcz. W międzyczasie gospodarz, po wysłuchaniu naszych opowieści o Głównym Szlaku Beskidzkim, oferuje zupę ogórkową, którą sam przygotował. Nie musi nas długo namawiać. Dostajemy garnuszek wybornie pachnącej zupy i wracamy do kuchni aby ją podgrzać. W tym czasie, przez otwarte okno słyszymy, że ktoś przyszedł i odpoczywa na tarasie. Gospodarz zaczyna opowiadać jakich to miewa gości pod swoim dachem. A dziś to śpią tutaj tacy, co całe Beskidy chcą przejść! Aż po Bieszczady! Śmiejemy się do siebie, że zostaliśmy lokalnymi gwiazdami małej chałupki położonej gdzieś na skraju beskidzkiego lasu.

Powoli szykujemy się na kolejny dzień. Wyciągamy rzeczy do ubrania, produkty na śniadanie, aby rano jak najmniej szeleścić towarzyszom chatki. Nagle rozlega się krzyk – TĘCZA! TĘCZĘ WIDAĆ! Ze wszystkich zakamarków przed dom wybiegli mieszkańcy. Przez chwilę nad naszymi głowami rozpościerała się barwna wstążka. Niedługo potem zaniknęła pod naporem nowych chmur deszczowych.

Tęcza!

Leżąc w łóżkach słychać było miarowy stukot kropli uderzających o drewniane deszczułki dachu i chlupot wody wlewającej się do wiadra ustawionego pod rynną. Kolejny piękny dzień za nami.


Leave a Reply