Góry nizin #2:
Śladami tatarskiej ekspedycji

Pociąg leniwie wtaczał się na stację wśród pierwszych promieni wschodzącego słońca. Trzask otwieranych drzwi wagonów obudził czekających na peronie lokalnych sprzedawców różności, pasażerów wybierających się w dalszą podróż i kilka gołębi. Rozpoczyna się kolejna przygoda.

Trasa na szczyt znana nam z licznych map i przewodników, które z każdej sklepowej witryny zachęcają do odwiedzenia największej atrakcji okolicy. Kamieniczki po obu stronach wąskich uliczek powoli budzą się do życia. Dozorcy zamiatają kamienny chodnik, z kafejek dochodzi zapach świeżo mielonej kawy. Na mijanym rynku, kolejni kupcy rozstawiają swoje kramy wypełniając je najróżniejszym towarem. Znajdziemy tam wszystko – od regionalnych strojów, przez pachnące kwiaty, aż po lokalne wypieki. Widok kolejnych wspinaczy z wielkimi plecakami i obładowanych szpejem nie wzbudził ich zainteresowania. Jedynie stadko gołębi poderwało się do lotu tuż przed naszymi stopami. Zatoczyły koło na coraz bardziej zachmurzonym niebie i przysiadły na pobliskim pomniku.

Szlak wiódł coraz mocniej pod górę. Kamienne domy stawały się coraz mniejsze, lekko przygarbione nad wąską uliczką. Uwidoczniły się ślady po poprzednich ekipach przemierzających tę drogę. Wciśnięte między skały opakowania po batonach energetycznych, napojach czy ślady po próbach zwiększenia zawartości tlenu w organizmie. Czy udało im się zdobyć szczyt? Czy bezpiecznie zeszli? Co ich spotkało po drodze. Przecież nie wszystkie wyprawy zakończyły się powodzeniem. Choć pierwsza ekspedycja tatarska z 1241 r. przypieczętowana została zdobyciem góry, to już jedna z kolejnych, przeprowadzona w stylu oblężniczym w 1287 r., nie zdołała osiągnąć wierzchołka. Jednak wejście na szczyt to połowa sukcesu, trzeba jeszcze wrócić. I w tej kwestii góra miała dużo do powiedzenia. Wyprawa austriacka z roku 1795 miała ogromne problemy z bezpiecznym opuszczeniem szczytu, które ostatecznie udało się dopiero w 1905 r. Dziwne myśli przechodzą przez głowę w takich miejscach.

Wreszcie osiągamy rozległą równię pod wierzchołkiem. Czeka nas najtrudniejszy etap wspinaczki – wąską ścieżką trawersującą południowe zbocza góry. Roślinność karłowacieje, towarzyszą nam już głównie trawy. Gdzieniegdzie wzbijają się korony pojedynczych drzew. Zmęczone wędrówką głowy zaczęły liczyć oddechy i kroki stawiane na popękanej, wapiennej płycie. Plecaki ciążyły coraz mocniej. Ukojeniem stał się lekki deszcz zraszający czoło. Kamienie stawały się okropnie śliskie i każdy krok musiał być stawiany z ogromną precyzją. Wiedzieliśmy, że nie jest to łatwy szczyt. Wspominamy tych, którzy spoczęli w jego masywie na wieki – Władysława Łokietka, wręcz legendarnego speleologa, czy Juliusza Słowackiego, piewcę alpejskich perci, które uwiecznił w wierszach czy poematach. Nie liczymy na pomoc z zewnątrz. Musimy bezpiecznie osiągnąć górę i równie bezpiecznie ją opuścić.

Na krótkim wypłaszczeniu regulujemy oddechy. Widzimy już skalną bramę, która zwiastuje bliskość szczytu. Nieopodal przycupnął starszy pan, ewidentnie nie pochwalający naszej wspinaczki. Niezrażeni, obchodzimy przedwierzchołek od strony zachodniej. Rozpościera się piękna panorama na meandrującą rzekę i miasto w dole. Nieświadomi naszej walki z górą i samym sobą, ludzie podążają pogrążeni w swoich codziennych obowiązkach. Nie zważają na kolorowy łańcuch wspinaczy próbujących zdobyć górę. Być może legenda o smoku gnieżdżącym się w jej wnętrzu jest nadal żywa wśród mieszkańców i dlatego wciąż obchodzą szczyt szerokim łukiem.

Ostatnie kamienne wypiętrzenie, szeroka przełęcz usiana kwiatami i wreszcie jest! Szeroki wierzchołek, z wychodnymi, wapiennymi skałami.


Tak zdobyłem Wzgórze Wawelskie (228 m n.p.m.)

Dodaj komentarz