Recepta #1:
Rozraduj się

Byś raz pojechał w inne miejsce niż tylko te góry – usłyszałem. Byś się zainteresował czymś innym, a nie tylko te skały i góry.

Niedługo później dostałem propozycję weekendowego wypadu do Kijowa. Nie wahałem się ani chwili.

Majdan Nezałeżnosti

Piękny Kijów zachwyca licznymi cerkwiami zdobionymi złotym kopułkami. Śpiew mnichów roznosi się wraz z dymem świec. Z ikon spoglądają prawosławni święci, a zdobienia wylewają się z ikonostasu. Dodajmy do tego szczyptę sowieckiej architektury, również tej pomnikowej, i otrzymujemy receptę na udany dla oka weekend. Liczne knajpki zadbają o to, aby i podniebienie było wniebowzięte.

Ławra Peczerska
Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach
Sobór Mądrości Bożej
Sobór Mądrości Bożej

Pomnik Ojczyzny (Muzeum Historii Ukrainy w II Wojnie Światowej)

Jednak główną atrakcją u wyjazdu na Ukrainę była wizyta w czarnobylskiej Zonie. Jeśli strumień wysokoenergergetycznych cząstek nie wyleczy mojej choroby nizinnej to co to zrobi?

Po kontroli paszportów i pozwoleń na wjazd do obu stref wokół elektrowni atomowej w Czarnobylu, rozpoczął się właściwy etap kuracji. Jeszcze zdjęcie pod ogromną tablicą z nazwą miasta i ruszamy.

Czarnobyl

Zabrano nas do starego przedszkola. Samochodziki i inne zabawki leżały w ogrodzie, porozrzucane pomiędzy znakami ostrzegającymi o wysokiej radiacji. W budynku straszyły lalki bez głów. Im bardziej oddalaliśmy się od „czystej” drogi, tym bardziej licznik Geigera zaczynał wydawać z siebie niepokojące dźwięki. Odwrót! Wracamy do busa.

Opuszczone przedszkole

Kolejny przystanek przy reaktorze. Oglądamy pomnik tych, którzy zwalczali skutki wybuchu. Promieniowanie 10 razy wyższe niż w centrum Kijowa, lecz nadal bezpiecznie. Wszystko dzięki nowej osłonie, która umożliwia wydostanie się napromieniowanych pyłów z niszczejącego starego sarkofagu.

Pod 4 blokiem reaktora

Jedziemy do Prypeci. 0.8 µSv/h – 1.2 – 5 licznik Geigera zaczyna wariować – 12 – wjeżdżamy do Czerwonego (Rudego) Lasu – miejsca bardzo mocno skażonego, gdzie spadło wiele odłamków reaktora, a las „wypalił” się od promieniowania, przyjmując brązową barwę. 20 – wreszcie 42 µSv/h licznik już nie pika, tylko wydaje ciągły dźwięk Chwilę później wracamy do normalnych odczytów – poniżej 1 µSv/h. Wyjechaliśmy z tego niebezpiecznego miejsca. Za oknem jednak cały czas taki sam las. Nie wzruszony, zieleni się w promieniach letniego słońca.

Wielki betonowy znak oświadcza o wjeździe do Prypeci. Jeszcze jedna kontrola i ruszamy główną aleją miasta. W czasie świetności – dwujezdniowa droga, dziś ledwo widoczna dróżka przez krzaki. Podobnie wszystkie budynki, giną w zaroślach i za wysokimi drzewami. Natura odbiera to, co jej odebrano przed laty. Place porasta młody zagajnik. Mury domu kultury porasta mech. Rdza zjada metalowe konstrukcje nigdy nie otwartego wesołego miasteczka. Zza ogromnych topoli ledwo widać sylwetki bloków.

Prypeć
Bloki prypeci
Wesołe miasteczko

Wąską ścieżką przedzieramy się przez zarośla. Liczne drzewa tworzą ładne polanki porośnięte przez grzyby i polne kwiaty. Przewodnik napomknął, że idziemy w kierunku stadionu. Myślę, że ładny park zasadzili przed tym obiektem. Dochodzimy do betonowej ściany, ledwie widocznej zza młodych brzóz. To jesteśmy na stadionie w Prypeci, oznajmia przewodnik. Chwytam za aparat i chcę przez ogromne drzwi spojrzeć na murawę. Przewodnik zawraca mnie mówiąc, że zarówno boisko jak i lekkoatletyczna bieżnia są tuż za mną. Odwracam się i widzę gęsty las, z którego przed chwilą wyszliśmy.

Trybuny stadionu

Idziemy w kierunku szkoły. O świetności ulicy świadczą jedynie latarnie niknące wśród pni drzew. I tylko one utwierdzają nas w przekonaniu, że jesteśmy w mieście, a nie na leśnym dukcie.

Szkoła wita nas nieprzebytym morzem porozrzucanych książek. Matematyka, fizyka czy rosyjski. To wszystko znalazło swoje miejsce pod stopami odwiedzających. Inne pomieszczenie usłane jest maskami przeciwgazowymi. Ciarki przechodzą po plecach.

Pora się zrelaksować. Może na basenie? Jednak wody nie ma w nim od lat, a brzegi pokrywa gruba warstwa porozbijanego szkła. Więc może odpoczynek na przystani, w lokalnej kawiarence? Serwują piękne witraże i widok z przystani. Tylko obsługa niewidoczna. Nie składając zamówienia, wracamy do busa.

Kawiarnia „Prypeć”

Po betonowych płytach ruszamy w kierunku ostatniego miejsca wartego odwiedzenia. Na mapach oznaczono je jako obóz pionierów. Po przekroczeniu bramy przyozdobionej rdzewiejącymi gwiazdami zadzieramy głowy do góry, a szczęki lądują z hukiem na chodniku. Mieli rozmach… pionierzy! Przed nami stoi ogromny radar pozahoryzontalny – Duga – 2, „Oko Moskwy”. 150 m wysokości i 900 m długości to tylko parę technicznych cyferek opisujących kompleks anten. Jednak ogrom budowli robi piorunujące wrażenie. Spojrzenie na licznik Geigera. Radiacja w dopuszczalnej normie. Znak ustawiono wyłącznie na potrzeby ładnych zdjęć.

Oko Moskwy

No i wiecie jak to się skończyło…

Choroba nizinna nie ustępuje

2 thoughts on “Recepta #1:
Rozraduj się

Dodaj komentarz